sobota, 31 października 2009

Sztuczna Wenecja

La Biennale di Venezia. Brzmi dumnie.

Impreza na skalę światową swoich początków sięga końca wieku XIX. Był to rok 1895 i przede wszystkim sztuka dekoracyjna. Kolejne edycje pod wpływem coraz bardziej dominującej awangardy, przeobrażały się w ekspozycje sztuki głównie współczesnej, co
trwa do dzisiaj. Biennale organizowane są co dwa lata (te nieparzyste) i trwają kilka miesięcy. Tytułem wstępu, który każdy w sumie zna.

Tegoroczne Biennale to już 53 międzynarodowa wystawa. Głównym organizatorem jest Daniel Birnbaum, od 2001 rektor Staedelschule Frankfurt/Main.

Fare Mondi/Making Worlds to hasło, tytuł spinający wielką międzynarodową klamrą zbiory ponad 90 artystów z całego świata. Dyrektor wyraźnie podkreśla, że interesuje go zaakcentowanie samego procesu kreacji. Dzieło sztuki nie jest tylko jakimś obiektem, dziełem samym w sobie (ci, co nie zgadzają się niech podniosą głos!), jest przede wszystkim odpowiedzią na współczesny świat, jest mową na poczet życia. Jedyne, co decyduje o zakwalifikowaniu czegoś jako sztuki, to poważne potraktowanie czyjegoś działania, czyjejś pracy i spojrzenia na świat poprzez ekspresję. To jest stwarzanie świata.

Sztuka nie rozróżnia narzędzi pracy, nie zależy od formy prezentacji, dlatego na Biennale znajdziemy tyle różnorodności, które choć utkane z odmiennej materii, artykułujące inne tematy, dotyczą jednego: wizji świata.

Artyści mówiący swoimi prywatnymi językami, niekoniecznie mówią swoim narodowym językiem.

Żyjemy w czasach globalizacji, dyfuzji myśli i form, stąd nie warto w pawilonach szukać ducha narodu, bo te granice już dawno się zatarły. Przed wejściem do parku Giardini i Arsenale zostajemy z jedną wątpliwością: czy te nowe światy wynurzą się z miejsca spotkania innych światów, tych prezentowanych przez nas samych?

Moja pierwsza wizyta w Wenecji. Moje pierwsze Biennale Sztuki Współczesnej. Biegałam z mapą po całym parku, notowałam co ciekawsze wystawy. Momentami zdegustowana, momentami oniemiała poruszałam się po tym labiryncie sztuki przez cały dzień. Teraz już wiem, że za krótko.

Na szczególną uwagę zasługują w rankingu Rusia 2009:

Tomas Saraceno z pochodzenia Argentyńczyk, obecnie żyje i tworzy w Frankfurcie nad Menem. Jego prace to przede wszystkim ogromne instalacje w plenerze, zachwycające swoją formą. W Palazzo delle Esposizioni można się skonfrontować z wielką konstelacją lin i kół, które nas oplatają.
























Fiona Tan i "Disorient". Jej prace poruszą każdego, kto interesuje się problemem pamięci, zwykłością życia przepełnioną magią. Chyba każdy marzył o huśtawce w domu
prawda? Pooolecam: http://www.fionatanvenice.nl/disorient/


Pawilon rosyjski również należy do moich ulubionych i to wcale nie z powodów prywatnych! Gosha Ostretsov to artysta balansujący między współczesnością a awangardą. Porusza problemy Rosji, która prawdopodobnie nigdy nie zrzuci maski
suwerennego państwa, troskliwie patrzącego na obywatela. To, co widzimy na Biennale to instalacja z rupieci, pamiątek pokrytych kurzem, zdezelowanych i pogryzionych przez czas. Skansen współczesnej Rosji.






























I mój ulubieniec Anatoly Shuravlev, mający bzika na punkcie lingwistyki i semiotyki. W swoich pracach skupia się przede wszystkim na relacjach między signifiant i signifie. "Black Holes" jest instalacją pokazującą jego zainteresowanie do fotografii i filozofii z nią związaną. W szklanych kulach umieścił mikroskopijnej wielkości zdjęcia znanych i sławnych ludzi z telewizji, świata polityki, międzynarodowego Pudelka. Widzimy ich jakby przez kosmiczny dystans, pomniejszenie, nie możemy dostrzec ich w całości. Oni nas tylko otaczają.
















Jednak zdecydowanym moim faworytem na tegorocznych biennale był pawilon skandynawski, a właściwie jeden wielki modernistyczny dom, gdzie każda zwykła-niezwykła rzecz-przedmiot nabierała innego znaczenia. Wchodzimy do czyjegoś
mieszkania, gdzie otacza nas czyjeś życie, czyjeś fikcyjne historie. Rozczłonkowana przestrzeń wielkiego domu podzielona jest na poszczególne części mieszkalne. Widzimy kuchnię z filiżankami niedopitej kawy, wymiętoszony fotel, gigantyczną wnękę w podłodze wyłożoną poduszkami, wszystko do użytku publicznego, tylko pamiętaj, żeby zdjąć buty, głosi napis. Mijamy łazienkę między dwoma wielkimi drzewami, których
szczyty znajdują się już poza okiem domownika. Owa toaleta otoczona jest szklanymi ścianami a zamiast po posadzce stąpa się w tym kosmicznym domu po otoczakach. Przemierzając czyjąś prywatną przestrzeń docieramy do stanowiska pracy, poznajemy
jedną z wielu historii mieszkańców tego domu. To pisarz powieści erotycznych, wyraźnie zaznacza, że jest modernistycznym twórcą. Niezwykły pomysł na teatralizację
przestrzeni, na połączenie sztuki i życia i wyobraźni i chłodnej skandynawskiej architektury wnętrza. A przed domem w basenie tonął manekin. "The Collectors" lubię najbardziej.

Do ciekawych, łapiących w pułapkę psikusów zaliczyłabym czeski pawilon, który był rekonstrukcją tego, co znajdowało się na zewnątrz. Trochę tak jakby ktoś krzyknął: nie zauważasz człowieku sztuki?

Trudno spamiętać wszystko, co się widziało. W głowie zostało pewnie tylko to, co miało zostać. Nic więcej nie dodam.

z wyrazami szacunku dla znakomitego polskiego poety Janusza B.
aga.

piątek, 9 października 2009

Pingwini i inni im podobni

Wydano w końcu w naszym pięknym kraju, pełnymi pięknych, smukłych, prawych i przede wszystkim "porządnych" ludzi książkę dla dzieci, która budziła ostatnimi laty wiele kontrowersji. Chodzi o "z tango jest na troje" - opowieść wydaną oryginalnie w Nowym Yorku w 2005 roku. Historia jest oparta na faktach i traktuje o parze dwóch samców pingwinów, którzy wysiadują jajko, a następnie wychowują małe pingwiniątko. Zachowanie takie jest wcale nie obce temu gatunkowi, ale z uwagi, że całe wydarzenie miało miejsce w Zoo w Central Parku, sprawiło że ptaki stały się ulubieńcami liberalnych mieszkańców Manhattanu Co prawda, nie obyło się bez kłótni w całej Ameryce - pozwów o propagowanie homoseksualizmu, deprawację dzieci itp. itd., ale w końcu trafiła ta książeczka również nad Wisłę. Jest kolejną z cyklu (choć z zupełnie innego wydawnictwa) prezentacją tematów trudniejszych i omijanych przez dorosłych, a o których dzieci powinny coś wiedzieć. Przedtem poczytać można było m.in. o kupie, czy o śmierci.
Poparta całym szeregiem spotkań, dyskusji i wspierana przez środowiska homoseksualne "z tango jest nas troje" już zdążyła wzbudzić uznanie, jak i sprzeciw (ktoś tam z Pisu coś tam protestuje).
Wiadomo, że co kontrowersyjne, to przyciąga, więc zerknąłem do tej niewielkiej, ilustrowanej książeczki autorstwa Justina Richardsona i Petera Parnella... i przyznaję, że jakkolwiek temat jest bardzo słuszny, to samo dzieło trochę mniej. Pośród kolorowych rysunków, które nie wyróżniają się niczym szczególnym dostajemy prostą historię o dwóch pingwinach, które najpierw wysiaduję kamienie, a kiedy ich opiekun podrzuca im jajo - zostają rodzicami z prawdziwego zdarzenia. Jeśli tylko opuścić całą atmosferę kontrowersyjności otrzymujemy nijaką historyjkę, która szybko blednie w pamięci. Wątpię, żeby dziecko po przeczytaniu wracało do niej i traktowało z nabożeństwem, a potem przez całe życie wspominało: "miałem kiedyś taką książkę...".
Idea wydania (przez Pana Roberta Biedronia) i propagowania tej bajki (to zresztą mało adekwatne określenie), jest jak najbardziej wskazana w procesie edukacji najmłodszych w duchu tolerancji. Trudno jednak promować ją na siłę, skoro jest tak naprawdę nijaka.

Zgrabnie teraz przeskakując na następny temat, a pozostając też jedną nogą w homoświatku - prezentacja ARTYSTY przez duże A, który tworzy komiksy cośkolwiek obrazoburcze, ale jeśli ktoś ma elastyczne poczucie humoru - ubawi się na pewno. Ojciec Rene tworzy jednoplanszowe żarty, lub trochę dłuższe historię, w których przeważają wszelkiego rodzaju i wielkości penisy, żarty o analu, a także parodie świata komiksowego (z Hellboya zrobił, co oczywiste - Hujboya). Prowadzi swój blog, ale jego prace można podziwiać na Komiksomanii, albo nawet wręcz zakupić podziemne i plugawe wydanie przygód Hujboya na allegro. Polecam czytać o Ojcu Rene na zmianę z informacjami na temat nowej płyty Anity Lipnickiej - niezapomniane połączenie.

Zgrabnie przesuwając się w stronę filmu, już bez wątku homoseksualnego, warto wspomnieć o nowej animacji Tomasza Bagińskiego (który się bardzo pracowity zrobił ostatnio - tylko żeby wspomnieć Kinematograf, Hardkor 44, czy mapę wojennej warszawy). Jednak "Bieg", który można podziwiać na stronie Lecha, nie zadziwia niczym szczególnym i plasuje się między reklamą, a przeciętną animacją. Tak czy siak jest niedługi - obejrzeć można.

czwartek, 1 października 2009

Przerwa, jak widać, przerwa

Jak na razie nie do końca wiemy, czy ktokolwiek nas czyta. Z przyszłością wiążemy ogromne plany - będą nas czytać miliony, zygżdyliony, gazyliony. Czarni, biali, żółci, paru czerwonych - dokładnie w tej kolejności (aby nie być posądzonym o rasizm). Królowie i Królowe, książęta, księżniczki i książeczki, głowy państw (Lecha K. sfotografujemy jak nas czyta i zdjęcie sprzedamy za grube pieniądze do Faktu) i inni tacy. Nawet papież nas będzie czytał! Ten aktualny, a także, jak bóg mi świadkiem - ten prawdziwy, nasz, poprzedni. Do tego czasu, pewnie nas nikt nie czyta. I dobrze - nikt nie zauważył mniejszego, lub większego zastoju na blogu. Zastoju spowodowanego dużą mobilnością autorów, którzy się rozjechali na wszystkie cztery strony świata, czyli na południe, południowy - wschód i dalsze południe. Ale internet - tak jak biegunka - występuje pod każdą szerokością geograficzną. Więc jak się pozbieramy i odzyskamy trzeźwość umysłów, przystąpimy do pracy.

Zresztą nie aż tak dużo się wydarzyło w Polsce ostatnio, aby hałas czynić i bić w tarabany i ojciec do Zosi zapłakany:
W Białostockiem zdarzył się cud, Behemoth wydał dobrze przyjętą płytę (zacny teledysk), Zygmunt Bauman założył bloga (cwaniaczek - jak się chcesz Zygmuncie ścigać - podniesiemy rękawice; no może jak będzie trochę więcej czasu).
Trochę imprez teatralnych (wrocławski dialog, lubelskie konfrontacje) się zbliża. Zaczyna się najważniejsze święto dla fanów komiksu - MFK ver.20.0 - nic tylko składać życzenia i żałować, że udać się nie można.
No i szeroko znana, wychwalana od Uralu, po Racibórz, piosenkarka poznańska (choć możliwe, że trochę przesadziłem i zna ją tylko parę osób w Poznaniu) - Rebeka Skwarek uraczyła nas w końcu swoją myspacecową stroną. A jej niesolowy zespół nakręcił przykładny "trailer" swojej twórczości i umieścił go na portalu internetowym o nazwie youtube. Może kiedyś uda się jej przebić popularnością Zbigniewa Wodeckiego? Kto wie.

Te wyżej wzmiankowane przedsięwzięcia kulturalne i tak nijak się mają do cudu w Białostockiem. Sytuację będziemy śledzić i poinformujemy jeśli coś. A jak nie coś, to powrócimy z życiem blogowym niedługo.

środa, 9 września 2009

Remanenty daleko za Horyzontem.

Miesięczne opóźnienie może niekorzystnie wpływać na świeżość każdej sztuki mięsa. Ja podejmę jednak ryzyko i cofnę się jeszcze do ENH anno domini 2009. Nim spłoną żółte kalendarze i zabrzmi nie znające litości „robaczek w swej dziurce jak docent za biurkiem” wypadałoby napisać o najnowszych dokonaniach twórców znanych i lubianych, które to w najbliższym czasie wejdą do dystrybucji.Zacznijmy od premiery oczekiwanej najgłośniej. Mowa tu o nowym dziele Pedro Almodóvara o jakże zręcznie brzmiącym polskim tytule Przerwane objęcia

Film nie wymaga większej reklamy, wszak multipleksy kraju już zostały przyozdobione licem Penelopy, a Almodóvar od dawien dawna funkcjonuje jak marka. Tym razem Hiszpan opowiada nam zawiłą historię miłosnego trójkąta pomiędzy reżyserem, aktorką i producentem milionerem. Intryga na miarę telenoweli, napięcie rodem z filmu noir, chronologiczne przeskoki, nawiązania do arcydzieł kinematografii – to wszystko sprawia, że film ogląda się bardzo przyjemnie. Pedro ogłosił „Przerwane Objęcia” deklaracją miłości do kina. Widocznie darzy on równie wyjątkowym uczuciem Penelopę Cruz, robi bowiem wszystko, by ta z filmu na film wyglądała coraz bardziej zachwycająco.

Irytuje mnie procedura określania stopnia almodorovatości w almodovarze wraz z każdym projektem Hiszpana, jednak w przypadku tego filmu to właśnie element filmowego autotematyzmu – charakterystyczny dla stylistyki Almodo podobał mi się najbardziej. Dyfuzję pomiędzy filmem, a filmem w filmie Hiszpan opracował już do perfekcji. Motyw filmu wpada w Objęcia na samym początku ze względu na profesje bohaterów. Podwójne tożsamości i odgrywane role zaczynają wyznaczać równoległą oś opowiadania. Kluczowe znaczenie dla rozwiązania akcji ma symboliczna ingerencja w Mateo/Harrego w jego dzieło sprzed lat.

Choć w mej opinii nowy Almodóvar jest miły, są tacy u których nie wywołuje rumieńców. Z pewnością na tle Przerwanych objęć prze blado wygląda nowe potomstwo Wima Wendersa. Nie da się bronić filmu dedykowanego Antonioniemu i Bergmanowi tylko na podstawie zgrabnie dobranej tracklisty. Wenders przeszarżował i wielu już rozpisało się na temat pretensjonalności Spotkania w Palermo (tutaj polecam szczególnie). Jeśli jednak jesteś fanem Die Toten Hosen i uważasz, że personifikacja śmierci ukazująca się bohaterowi powinna mieć twarzy zmarłego członka jego rodziny, sprawdź to koniecznie! Ja cierpiałam katusze i dygoty i zadręczałam się myślami o tym gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Berlin, gdzie Lizbona, gdzie Paryż, gdzie Texas. Metafizyka to jedyne czego nie trzeba szukać w Spotkaniu w Palermo. Metafizyka po kostki, żeby można było w niej bez celu pobrodzić.

Filmem – rewelacją, którego premiery warto wyczekiwać jest tegoroczny laureat Złotej Palmy „Biała Wstążka” Michaela Hanekego. Biała Wstążka to kino surowe, o czarno białych pieczołowicie wymuskanych zdjęciach, powolnym tempie, świetnie dogranej ścieżce dźwiękowej. 154 minuty na jednym wdechu, w klimacie pełnym napięcia choć pozbawionym fajerwerków. Film intensywnie angażuje widza i robi piorunujące wrażenie nie tylko przez względy formalne ale przede wszystkim poprzez uniwersalny wymiar historii.
Akcja filmu toczy się w niemieckiej wsi tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Haneke kreśli portrety mieszkańców pokazując życie codzienne tradycyjnej patriarchalnej społeczności. Gdzieś pośród obowiązków, w uświęcony cykl roku wkradają się niepokojące zdarzenia, kryjące za sobą tajemnicę. Czas akcji konotuje interpretacje, jakoby Haneke badał u źródeł narodziny faszyzmu. Jakkolwiek można zarzucać takiemu odczytaniu zbytnie upraszczanie, Biała wstążka to przede dobrze opowiedziana historia, oglądając ją równie dobrze można abstrahować od kontekstów i rozpatrywać w skali mikro. Fabuła choć (dzięki wprowadzeniu narratora) obserwowana z dystansu czasowego, wciąga widza w spójny, pełen żywych emocji świat bohaterów. Wszystko co najważniejsze nie zostaje dopowiedziane,bo biała wstążka nie musi być wcale gwarancją niewinności.

Swoim nowym filmem zaskoczył publiczności Francois Ozon. O Rickym można było przeczytać, że to wynik spotkania reżysera z twórcami Amelii. Realizm magiczny to kolejna z rzędu szufladka w której Ozon próbuje swoich sił i dobrze sobie radzi. Zachowując kolejność członów (1. realizm 2. magiczny), w pierwszej części obserwujemy realizm w pełnej krasie. Do połowy nie powstydziłby się Rickiego żaden z braci Dardenne. Samotnie wychowująca dziecko matka pracująca w fabryce, romans z jednym z robotników, ciąża, poród. Jako, że dla drugiej części zarezerwowany został powyżej termin magiczny, tytułowy Ricky jako niemowlę okazuje się dzieckiem - niespodzianką. Historia nabiera lekkości, pół sali kinowej wybucha raz po raz gromkim śmiechem, część jest zdezorientowana poetyką ala neverendingstory. Cokolwiek by sobie Ozon nie wymyślił, daje dowody swej wszechstronności, potrafiąc zręcznie puścić oko w kierunku widza.

Oprócz wyżej wymienionych warto wspomnieć jeszcze o kilku tytułach, których wejście do kin jest planowane. Po pierwsze „Białe szaleństwo” ironiczna, zabawna wariacja na temat „Prostej historii” Lyncha w wersji na skuter śnieżny. Film ze Skandynawskim polotem i świetnymi dialogami. Łakocie i witaminy. PS.Jest tam też niezawodną metoda na osiągnięcie stanu upojenia alkoholowego przy minimalnych nakładach :)

Po drugie „Serafina” kameralna historia oparta na biografii Séraphine Louis - malarki prytmitywistki. Malowanie w jej wydaniu jest przeżywaniem sacrum, wyrazem najpełniejszego zachwytu nad światem. Film skromny i wywołujący permanentny delikatny uśmiech, a przy tym zapełniający luki w edukacji historycznosztucznej.

Wreszcie po trzecie Tlen w reżyserii Ivana Vyrypayeva. Romantyczna historia opowiedziana niezwykle dynamicznie w 10 wideoklipach. Wyrpajew drugi po Euforii film kręci na podstawie własnej sztuki teatralnej. Sasza spotyka Sańkę, ta rudowłosą piękność, uzależniający czysty tlen, sprawia, że jest w stanie zerwać z dotychczasowym życiem. Formalnie nowatorska symfonia wielkiego miasta, kwintesencja kultury MTV, rewelacyjna Karolina Gruszka x2.
Tlen udowadnia, że o prostych i starych jak świat motywach takich jak miłość, zbrodnia, nienawiść, da się mówić w zaskakująco świeży sposób. Piękne zdjęcia pozwalają przymknąć oko na momenty, w których reżyser zaczyna stąpać po niepewnym gruncie i miesza w miłosną historię przyciężkie motywy Dżihad vs McŚwiat. Pomimo całej niesympatii jaką reżyserowi udało się wzbudzić na spotkaniu poprojekcyjnym nagroda w konkursie nowohoryzontowym w pełni zasłużona.Polecam popatrzeć
Pus
PS. Na szczęście już o ENH ciągu dalszego nie będzie:)

piątek, 4 września 2009

Get off

Tym razem prezentujemy wpis gościnny - przed państwem Joanna W. o Off Festivalu:

Wszystkim poszukującym tego co najświeższe i najciekawsze na scenie muzycznej polecam udanie się do Słupna Parku w Mysłowicach. Tam po raz czwarty odbył się OFF - największy festiwal muzyki alternatywnej - w tym roku dłuższy i jeszcze bardziej międzynarodowy". Przyjemne wrażenie sprawiał doglądający swej zagrody dyrektor artystyczny festiwalu. To, że nie celuje się tu w gwiazdy z pierwszych stron gazet ani w ilość uczestników, ale bardziej dba o atmosferę, tworzy ten festiwal naprawdę sympatycznym.

Specyfiką tego wydarzenia jest przede wszystkim przyjemność, jaką sprawia odkrywanie nowych brzmień. Większość z koncertów jest niespodzianką. Kolejny występ znanego zespołu nie daje takiej frajdy jak odkrycie czegoś nowego. A odkryć było wiele. Tak jak wiele było damskich wokali.
Tres.b w zastępstwie Loco Star zafundował miły, melodyjny pop z mnóstwem pozytywnej energii i baniek mydlanych. Biff dużo lepiej sprawdził się na małej Scenie Leśnej w Mysłowicach niż na Scenie Głównej zeszłorocznego Open’era, gdzie zwyczajnie zginął w zbyt dużej przestrzeni. Ekscentryczna Micachu z zespołem the Shapes zgrabnie połączyła elektronikę z tradycyjnymi instrumentami tworząc coś, czego sama nawet nie nazywa. Występowi w leśnej scenerii towarzyszyły świetne wizualizacje.

Gdy na rusztowaniu pojawił się podstarzały klatrus w slipach męskich krzyczących wszystkimi kolorami tęczy wydawało się to niezłym performancem , tym bardziej, że cała sprawa opierała się na czynnym udziale publiczności, wyraźnie chcącej poczuć pot Ami Shaleya na własnej skórze. Warto dodać, że izraelski zespół zupełnie nie traktuje sceny jako miejsca, na którym się gra- oni grają wśród publiczności, są przez nią noszeni na rękach, włażą na rusztowania . To mieszanka zbiorowego szaleństwa połączonego z zaaranżowanym seansem medytacyjnym i całkowitą władzą nad słuchaczami. The Monotonix są katalogowani jako zespół spod znaku garażowego grania i alternatywnego rocka. Mimo tego, że nagrania w studiu brzmią muzycznie dużo lepiej, dla mnie pozostają ciągle pod znakiem garażu i występ zaliczyłabym bardziej do czegoś w rodzaju ciekawego wydarzenia, któremu nie można odmówić mnóstwa energii i zabawy.

Warta przywołania jest poznańska Grupa Kot. Świetny pomysł na wizerunek sceniczny , osobliwe instrumentarium w postaci dwóch magnetofonów kasetowych, melorecytacja Bąkowskiego bez mimiki twarzy za to z nerwową gestykulacją zwiastującą jakąś nieuniknioną apokalipsę. Bąkowski wywodzi się z grupy artystycznej Penerstwo charakteryzującej się silną ekspresją i nawiązującej do określenia, które tylko poznaniak podskórnie wyczuwa, czyli pewnego rodzaju syfiarstwa obyczajowego.
W twórczości Grupy Kot rodzajem używanej ekspresji jest słowo stawiane na równi z dźwiękiem, tworzące spójny komunikat. Panowie nie boją się dotykać kwestii szkolnych - „Mamnaganne” jak i religijnych wyznań - „Jestem księdzem”, wszystko to w atmosferze grozy, pełne przerywanych powtórzeń powodujących narastające napięcie i poczucie, że naganne zachowanie to dopiero dramat. Całe szczęście napięcie jest szybko rozładowywane dodawanym systematycznie przez wokalistę naiwnym -„no”.

Na Miłość długo się czeka. Nie wszystkim udaje się trudna próba cierpliwości. Wśród publiczności dało się słyszeć wykrzykiwane z rozżaleniem : „miłości nie ma!”. Małe opóźnienie dało się rzecz jasna wybaczyć komuś takiemu jak Leszek M. Jemu wybaczę nawet niekorzystną zmianę fryzury. Nie ukrywam natomiast, że mam wielkie pretensje do organizatorów, że koncert został umieszczony na szarym końcu. Doprowadziło to do braku przytomności, która w jazzie (a raczej przy tej okazji - yassie) jest niezbędna. Grupa Miłość, specjalnie reaktywowana na tą okazję, tak czy inaczej zafundowała nam prawdziwą dźwiękowa ucztę na koniec dnia.

Program został ułożony tak, by ułatwić przemieszczanie się i zobaczenie możliwie jak największej liczby zespołów, jednak czasami nie zdawało to egzaminu. Podczas luki programowej, koncert odbywał się tylko na scenie Trójka offensywa a jako, że było to wieczorową porą, wiało chłodem i większość festiwalowiczów czekała na the National - tłumy waliły do namiotu. Skończyło się potwornym ściskiem ale i wspólnym radosnym przytupem. Deski namiotu nie wytrzymały takiej dawki entuzjazmu i najzwyczajniej w świecie na znak protestu strzeliły. Organizatorów w swoim imieniu przepraszam.
Wielki plus daję za solidnie przygotowany katalog formatu ciut większego niż kieszonkowy, z opisami i zdjęciami zespołów - znacznie ułatwiał poruszanie się w gęstwinie w większości przeze mnie nieznanych zespołów.
Nie mogę nie odnieść się do warstwy gastronomicznej,jako że jest mi ona bardzo bliska. Zostałam zagorzałą fanką pierogów ze szpinakiem sprzedawanych w dizajnerskim wozie zaprojektowanym na wzór „czeskiego snu”. Większy wybór produktów na gastro niż tylko dymiąca kiełba cieszy chyba nie tylko mnie.
Każdy mógł znaleźć tu coś dla siebie. W razie zmęczenia można było spocząć na pufach i wysłuchać na przykład genialnej Gaby Kulki. Umieszczenie scen w lesie czy na plaży jeszcze potęgowało ilość pozytywnych wrażeń, a jeśli komuś nadal było mało-imprezie towarzyszyły wystawy oraz całodobowe kino wzorowane na amerykańskich grindhouse’ach. Pozostaje mi tylko przyznać, że Artur Rojek nie kłamał śpiewając, że naprawdę na dużo go stać.

czwartek, 3 września 2009

Heil Kino!

Jak obiecałem, pora powrócić i ostatecznie się rozprawić z Letnią Akademią Filmową. Jednocześnie słów parę o nowym Tarantino, którego polskie ekrany jeszcze nie ujrzały, ale wszystko w swoim czasie.

Joseph Goebbels nosił tytuł doktora Uniwersytetu w Heidelbergu, założyć możemy więc że był całkiem inteligentnym człowiekiem. A że był przy tym w miarę na bieżąco z nowinkami ze świata - zdawał sobie sprawę, jaką siłą dysponuje ruchomy obraz. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że kiedy został ministrem propagandy III Rzeszy, szczególnie upodobał sobie X muzę. Podczas LAFu mogliśmy "podziwiać" dzieła tworzone
w latach 1939 - 1943 pod jego patronatem.
Jeśli ktoś chciałby te filmy oglądać absolutnie obiektywnie, mędrca szkiełkiem i okiem, to skazuje się na prawdziwe męki. Doktorat ministra propagandy dotyczył osiemnastowiecznego dramatu romantycznego - więc pompatyczny kicz Goebbels przyswoił sobie w procesie edukacji, a że o sztuce wielkiego pojęcia nie miał świadczy Wystawa Sztuki Zdegenerowanej w Monachium w 1937 roku. Hołdował po prostu klasycystyczno - pompatycznemu gustowi Hitlera. Takie właśnie są te filmy. Pretensjonalny, łzawy melodramat "Będę cię na rękach nosił", opowieść o powracających na swoje Niemcach - "Powrót", czy z rozmachem nakręcona opowieść o najsłynniejszym transatlantyku w dziejach - "Titanic". Wszystko to oczywiście z propagandą w tle, a czasami nawet na pierwszym planie.
Najlepszym i najbardziej znanym tego przykładem - klasyką kina propagandowego i sztandarowym filmem antysemickim jest oczywiście film Veit'a Harlana - "Żyd Süss". Opowieść o kupcu żydowskim, dla którego głównym celem w życiu są pieniądze i za nic ma dobro innych, kipi antysemityzmem i... w zasadzie to wszystko. Fabuła dość nudna, aktorstwo przeciętne. Film można obejrzeć tylko jeden raz - obejrzeć z uwagą na to, czemu miał służyć. Więcej niż raz nie warto się katować.
Kolejnym dziełem, miej lub bardziej, wartym zapamiętania jest Titanic. Wielka, z rozmachem prowadzona produkcja z roku 1943, nie jest tak oczywista jak dzieło Harlana. Nie ma w niej ani jednego Żyda, ani innych przedstawicieli "niższych ras", którymi naziści pogardzali. Cała intryga plącze się wokół konfliktu między właścicielem firmy White Star, któremu zależy na jak najlepszych osiągach Titanica, nawet jeśli ma to zagrażać dobru pasażerów, a mądrym i rozważnym niemieckim oficerem. Mamy tam również historie miłosne (wątek melodramatyczny został później podobno skopiowany przez twórców Cameron'owskiego Titanica - ja się nie dopatrzyłem), wystawne życie burżuazji i imponujące sceny morskie. Interesujący jest ten tytuł jednak z dwóch zupełnie innych powodów:
Po pierwsze - jako jedyne dzieło kinematografii III Rzeszy był rozpowszechniany na terenach ZSRR i im podległych. Cieszył się sporą popularnością i gromadził tłumy aż do połowy lat 50-tych.
Po drugie - sceny morskie, jak i większość filmu, kręcony były w Zatoce Gdańskiej, a bazą wypadową dla filmowców było sopockie Molo.
Jest też również zawiła historia powstania tego "Titanica". Mianowicie podpisanych jest pod nim dwóch reżyserów. Herbert Selpin, oraz Werner Klingler, który film dokończył po śmierci tego pierwszego. Jedna z (wielu) historii mówi o tym, że Selpin popadł w niełaskę Goebbelsa, ponieważ na swoje nieszczęście miał urodziwą żonę, która przypadła do gustu ministrowi propagandy. Druga historia, w którą jestem bardziej skłonny uwierzyć mówi o konflikcie między Selpinem a aktorami. Większość z nich była naturszczykami - żołnierzami. Swoim nieprofesjonalizmem zdenerwowali reżysera do tego stopnia, że obrzucił ich inwektywami w stylu: "wy nazistowskie miernoty". Nie minął ten incydent uszu Goebbelsa - Selpina uwięziono w areszcie sopockim, gdzie znaleziono go następnego dnia z nogami dyndającymi w powietrzu. Film dokończył Klingler.
Jak widać - kino III Rzeszy anegdotami i propagandą przede wszystkim stoi, a nie poziomem artystycznym.

Dlaczego o tym piszę? A i owszem, świętujemy (raczej upamiętniamy) wybuch II wojny światowej. Ale nie tylko. Czekamy również aż do kin w Polsce wejdzie najnowsze dzieło Quentina Tarantino - "Inglorious Basterds", który jest (między innymi) hołdem złożonym kinu niemieckiemu lat 20 i początku 30-tych, jak i pastiszem Goebbelsowskiej maszynki do robienia filmików.

Żeby choć trochę wydać się obiektywnym powiem, że trailery wyżej wzmiankowanej produkcji nie podobały mi się ani trochę. Byłem przekonany, że wyjdzie z tego jakiś przeładowany tanimi efektami film wojenny połączony z komedią o Hitlerze. I przez pierwsze 2-3 rozdziały miałem wrażenie, że czegoś mi brakuje. Jakbym oglądał Tarantino, który za bardzo uwierzył w swój styl.
Jak bardzo się myliłem przekonałem się w momencie, kiedy z ekranu zaczynają się sypać odniesienia do przednazistowskiego kina niemieckiego, a alianci rozpoczynają "Operation KINO".
"Inlgourious Basterds" podzieliło Cannes - byli tacy, którzy zmieszali film z błotem i tacy, którzy potwierdzali wysoką formę "mistrza". Najbardziej do gustu przypadło mi sformułowanie, że Tarantino stworzył swoją własną wersję "Cinema Paradiso" - poza obowiązkowym, dla tego twórcy, motywem zemsty, dostajemy opowieść o magii kina, która jest silniejsza od rzeczywistości. Mówiąc zwięźle - reżyser "Pulp Fiction" nakręcił taki film o nazistach, jaki wszyscy chcieli zawsze obejrzeć, a którego nikt nigdy nie stworzył. To marzenie spełnia się przy użyciu (dosłownie i w przenośni) taśmy filmowej. Jeśli wybierzecie się do kina, to sami zobaczcie, jak oczarowani będziecie, w momencie gdy wszystko wybucha i staje w płomieniach.
Proszę o wybaczenie, jeśli jestem zbyt enigmatyczny, ale zdradzanie szczegółów fabuły byłoby w tym wypadku zbyt poważnym wykroczeniem. Chętni znajdą je w przeróżnych, obcojęzycznych recenzjach - dla mnie taka zdrada krwi wymaga. Nie mówię więc nic.
Można mieć duży problem, jeśli chce się "Inglorious Basterds" traktować jako film w bezpośrednim znaczeniu tego słowa. Dzieło to jest raczej zlepkiem wyrazistych scen uzupełnionych komentarzami z offu. Jak w poprzednich produkcjach spod znaku Tarantino tak i tutaj mamy całą plejadę zapadających w pamięć postaci - genialny Christoph Waltz jako dwulicowy Hans Landa (zgarnął jedyną nagrodę w Cannes dla filmu), czy Brad Pitt, który udowadnia swój talent komediowy rolą Aldo Raine'a, poustawianych w przeróżnych konfiguracjach. Wszystko to upiększone wyśmienitymi dialogami, do których wysokiego poziomu już chyba większość widzów się przyzwyczaiła.
Obawiam się jednak, że muzyki - takiej do jakiej nas Tarantino przyzwyczaił, takiej, która leciałaby później miesiącami z każdego głośnika w mieście - takiej tutaj nie znajdziemy. Mamy, a i owszem, świetne utwory ilustrujące akcję (przede wszystkim "zrabowane" przez reżysera z innych filmów, ze spaghetti westernami na czele), ale żadnej melodii raczej nucić po wyjściu z kina nie będziemy.
A obiecane kino niemieckie? Jest i ono. Z tymże nie mamy tutaj "kina w stylu...", jak w Grindhousie - otrzymujemy za to sporą dawkę odwołań i aluzji (których często rozgryźć nie umiałem, lub przeoczyłem) do tamtego okresu w historii kinematografii. Przy czym jest to tak przemyślnie wplecione w fabułę, że gładko komponuje się ze śmiałym podejściem do kina, które prezentuje Tarantino.
Jedną tylko rzecz trudno oceniać teraz - myślę że przyjdzie nam jeszcze parę lat poczekać zanim dowiemy się na ile jest prawdziwa. Zaintrygowani? Zapraszam do kina ocenić, na ile ostatnie słowa "Inglorious Basterds" wypowiadane przez Brada Pitta zgodne są z prawdą.

Janusz

PS. Polecam przed seansem przypomnieć takie nazwiska jak Riefenstahl, Jannings, czy Pabst - ta wiedza może uprzyjemnić trochę oglądanie.

czwartek, 27 sierpnia 2009

LAF

Nie dość, że ENH skończyły się wieki temu, to już nawet strony z pamiętnika zapisane wspomnieniami ze Zwierzyńca zdążyły zżółknąć. Dlatego ze wstydem i zażenowaniem (że robię to tak późno) zabieram się do podsumowania 10 edycji (rok dłużej niż Era!) Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu.

Słowem wstępu i przybliżenia sytuacji geopolitycznej:
Jest takie miasto na południowo - wschodnich kresach Polski, zwane Zamościem, którego prezydentem jest, a jakże! - Zamoyski. 30 km od tegoż grodu znajduje się mała, parotysięczna mieścina - Zwierzyniec. Sklepy otwarte do 24, jedno kino, stary browar, który już został wykupiony przez większą firmę i jakieś 3 tysiące dusz, w większości zajmujących się wypożyczaniem turystom kajaków, lub zapewnianiem im wiktu i opierunku.
W tą uroczą część Roztocza zjeżdża się raz do roku towarzystwo z Lublina pod wodzą Piotra Kotowskiego i przekształca wszystkie możliwe sale gimnastyczne, budynki gospodarcze i tereny publiczne w kina. Nie należy więc wymagać wielkoekranowych, klimatyzowanych sal na 300 osób - wszystko jest oczywiście profesjonalne, ale profesjonalne na tyle na ile to możliwe.
Era to nowe horyzonty, czasami zachwycające, czasami nie do zniesienia. LAF z kolei to kino zapomniane, nieznane, mniej znane, niepopularne, czy skreślone, ale na pewno przystępne widzowi. Tak więc w tym roku mieliśmy szereg bloków tematycznych absolutnie wszelakiej prowieniencji. Od szeroko reklamowanego jako "najważniejszy włoski reżyser zaraz za Fellinim" Pupi Avatiego (w którego wielkość bardzo wątpię i znając lepszych włoskich reżyserów, tego pominę milczeniem), przez filmy, których motywem wspólnym były pociągi, złotą kolekcję Sputnika, aż po kino pod okupacją, czyli niemieckie filmy propagandowe czasów III rzeszy (do których jeszcze powrócę). To jednak nie wszystko.
Podczas cyklu "Alchemia Kina" można było spróbować uchwycić istotę kina i to co w nim jest takiego hipnotyzującego oglądając takie klasyki "Cinema paradiso" (jedna z piękniejszych scen końcowych, jakie widziałem), "Purpurowa róża z kairu" (tu przydałaby się jeszcze polska "Ucieczka z kina wolność", ale nie narzekajmy), czy "Osiem i pół" - jeden wielki kinowy żart.
"Stronnicza historia polskiego kina" oferowała przekrój przez to, co powinno być znane, a z różnych powodów nie jest. Od pierwszych czarno - białych, niemych produkcji, aż po koniec PRL-u. Niektóre z tych filmów były swoistymi ciekawostkami, jak np. "Na Sybir" - pierwszy polski film dźwiękowy, ale można było też wyszukać prawdziwe arcydzieła, które z różnych powodów zawieruszyły się gdzieś i zapomniały się. Takim niesłusznie zakurzonym dziełem jest z pewnością (niemy jeszcze) "Policmajster Tagiejew" (na podstawie noweli Gabrieli Zapolskiej) z fenomenalnym Bogusławem Samborskim w roli tytułowej. Specjalizował się on w rolach czarnych charakterów, co świetnie widać w Policmajstrze. Niestety za rolę w antypolskim "Powrocie" ("Heimkreh" -1941 - też pokazywany na LAFie) został przez podziemie skazany na infamię i uciekł do Austrii, gdzie występował pod pseudonimem, żywota dokonał na wygnaniu w Argentynie.
Pośród dziesiątek innych filmów zgromadzonych w tym cyklu (które są teraz na liście "do obejrzenia"), pośród dzieł Kutza, Hasa, Wajdy, Żuławskiego wybrałem, przypadkiem trochę, "Pokój z widokiem na morze" Janusza Zaorskiego. Kino Moralnego Niepokoju w czystej formie, trzymająca w napięciu historia, która zaskakuje tam gdzie, jak się wydawało, zaskoczyć nie może. A do tego cichy pojedynek, aktorski i nie tylko między Holoubkiem a Fronczewskim.
Udało mi się też nadrobić (choć trochę) zaległości z ostatniego roku. Włoski, słodko - gorzki "Mój brat jest jedynakiem" z urzekającą muzyką, mrożący krew w żyłach i odwracający zupełnie konwencję horror z (naprawdę zimnej) Szwecji - "Pozwól mi wejść", francuska "Klasa" - zwycięzca z Cannes 2008 i przepiękny dokument, który ogląda się niczym najlepsze kino akcji - "Człowiek na Linie". A dodatkowo masa mniej doskonałych filmów, które można obejrzeć, acz nie trzeba. Pełnego spisu razem z opisami szukać należy na stronie LAF-u.
Poza tym parę zaskakujących odkryć, jak "Dworzec dla dwojga" - tak jak nie lubię rosyjskiego kina, tak zachwyciłem się tym filmem, a także porażki - przede wszystkim "It might get loud". Dokument, który miał swoją polską premierę podczas Dwóch Brzegów w Kazimierzu, o pretensjonalnie przetłumaczonym tytule na "Będzie głośno" przede wszystkim rozczarowuje. W zamyśle miała to być historia elektrycznej gitary z punktu widzenia Jimmiego Page'a, Edge'a i Jack'a White'a, a także zapewne "fascynujący zapis spotkania tych trzech gigantów gitary" (choć ja tam Edge'a nie lubię). Ale ktoś tu robi z igły widły - efektem prac pana Guggenheima jest skrócona historia trzech wyżej wymienionych panów i tego, jak każdy z nich został muzykiem. Można z tego było zrobić 3 porządne dokumenty, zamiast jednego skrótowego. Sam pomysł spotkania trzech świetnych gitarzystów zupełnie nie wypalił. Widać że panowie rozmawiają dość kurtuazyjnie. Jedynego prawdziwego zaciekawienia i fascynacji dopatrzyłem się, kiedy Jimmy Page grał "Whole Lotta Love", ale chyba każdy by spokorniał widząc to na żywo, nie tylko White i Edge. Kto ma ochotę poznać trochę historii i posłuchać utworów, które wszyscy znamy i lubimy - proszę bardzo, ale prawdziwi fani będą zawiedzeni.

Jak już mówiłem, do kina III rzeszy jeszcze powrócę w innym poście. Powód tego jest dość prosty - premiera nowego Tarantino "Inglorious Basterds" aż się prosi o nawiązanie do tego zapomnianego epizodu w historii kina niemieckiego. Poza tym pozostaje czekać aż moja blogowa koleżanka Pus również uzewnętrzni przed nami swe odczucia dotyczące 10 edycji Letniej Akademii Filmowej.

PS. Taki mały komiksowy bonus tylko dla dorosłych. Rewolucja seksualna panoszył się swobodnie również i pośród kolorowych obrazków, czego chyba najbardziej znanym przykładem była Barbarella. Jeśli dodamy to tego bardzo daleko posuniętą tolerancję - otrzymamy coś po trosze dziwnego, po trosze intrygującego - komiks pornograficzny o kalekach, dla kalek pt. "Amputee love". Asekuracyjnie podkreślę, że wrzucam to nie jako zabawny żart, ale jako ciekawostkę tzw. "Kulturoznawczą".

PS do PS - kręcą nową wersję Barbarelli - początkowo reżyserem miał być Rodriguez, teraz Robert Luketic, a co do wykonawczyni roli głównej, to jedyne co wiadomo to pogłoski. Zobaczymy, zobaczymy, ale Jane Fonda'e trudno będzie zdetronizować.
Janusz

sobota, 22 sierpnia 2009

ENH #2 czyli niezbyt wydumane kino australijskie

Ja osobiście brzydzę się technikami pokroju found footage i staję w płomieniach w momencie, kiedy ktoś mnie zmusi do obejrzenia tego. Co innego poliwizja - toż to miód na nasze i tak już rozdwojone życiem współczesnym oczy. A "Timecode" gotowym wynieść na ołtarze. Nie jest sztampowym filmem, który gdzieś tam jedzie z punktu A i punktu B i nigdy z toru nie zbacza. Urocze niczym uroczysko jest to, że nie opowiada praktycznie o niczym. Ot oglądamy zwykły dzień z paru stron jednocześnie, z perspektywy paru różnych osób. Nic nie jest proste, nic nie jest przewidywalne, a co najważniejsze - nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. Poświęcając się jednej historii cały czas zdajemy sobie sprawę z istnienia pozostałych, wszystko pozostaje w polu widzenia i wiemy, że reżyser nie próbuje nas w żadnym stopniu zmanipulować oszukańczymi chwytami montażowymi.
Figgis stworzył dzieło z pewnością wyjątkowe, ale chyba jednorazowe. Obawiam się, że powtórzenie takiego założenia w innym filmie mogłoby, albo uczynić historię niezrozumiałą, albo narazić się na wtórność. Szkoda też, że został dopuszczony do sprzedaży jako skończone i zamknięte dzieło - cztery równocześnie dziejące się obrazy z oddzielnymi ścieżkami dźwiękowymi dawałyby przecież przeogromne możliwości interakcji z odbiorcą. Multimedialność z rozmachem i przytupem. A wyszło trochę jak zawsze.

Jedną z kolejnych retrospektyw został uhonorowany Piotr Dumała. Cierpliwy, wytrwały, acz spokojnie "robiący swoje" twórca, który siedzi w pracowni gdzieś na jakimś warszawskim podwórku i dłubie w gipsie kolejne filmy. Posługuje się przy tym metodą pomysłu własnego. Otóż na pomalowanej płytce gipsowej rylcem wyskrobuje obrazek, potem trochę zamalowuje, przerabia i tak klatka po klatce tworzy małe arcydzieła.
Animacje Dumały na Erze zostały podzielone na dwa zestawy, a premierowo prezentowano ostatni jego film - pełnometrażowy, fabularny "Las". Tego obejrzeć niestety mi się nie udało - organizator takich kolejek chyba nie przewidział i projekcje zaplanował w najmniejszej sali. Podobno warto było iść, podobno bardzo warto. Za to oba zestawy animacji, w trudnych co prawda warunkach teatru lalek, ale obejrzeć się udało. I cóż? Twórca to zapewne wielki i wszechstronny, ale jego konik, czyli proza Kafki i Dostojewskiego, są w jego wykonaniu lekko przyciężkie. Animacja gipsowych płytek, mimo że jest bardzo nastrojowa i poetyczna, pozostawia wiele do życzenia. Pod wrażeniem trzeba jednak być iście benedyktyńskiej cierpliwości Dumały. Znacznie przychylniejszy byłbym do jego dzieł ińszych - fenomenalnej "Lykantropii" z początków jego działalności animatora, intrygującej "Wolności nogi", czy zabawnych krótkich metraży. Jak na kogoś, kto zaczytuje się w "Zbrodni i Karze" ma świetne poczucie czarnego humoru - "Czarny Kapturek" i "Nerwowe życie kosmosu" pokazują to wyśmienicie. Jako bonus (bo to wszystko można i tak obejrzeć na youtubie) dorzucono wszystkie jego blackouty, przerywniki, reklamy, oraz filmy, gdzie występował jako aktor.

Cóż jednak miał ze sobą począć namiętny fan filmu, kiedy obejrzał już masę filmów przez cały dzień i chciał czymś imponującym zwieńczyć wieczór? Albo wybierał się na jeszcze jeden film (i przypuszczalnie umierał, trafiwszy na jakiś artystyczny gniot), albo udawał się do klubu festiwalowego. Tam spędzał szczęśliwie czas słuchając wykonawców dobranych bardzo starannie i z naciskiem, aby byli tak offowi, że aż mało znani. Powinszować należy panu Kostasowi Georgakopulosowi promowania niszowych, acz wartościowych muzyków. Z wielkimi oczekiwaniami wybrałem się na Venetian Snares, który jednak nie powalił mnie, a następnego dnia przysłowiową łyżką dzięgciu w tej baryłce miodu był set pana Deadbeat'a, który był tak żenujący, że aż mnie szkliwo boli, jak sobie o tym przypomnę. Dlatego darowałem sobie koncerty i niczym Tony Blair wybrałem między kapitalizmem i socjalizmem trzecią drogę, mianowicie pokazy z serii "Nocne szaleństwo" w kinie Warszawa.
Co dnia parę minut przed 22'gą hol w kinie Warszawa wypełniał się widzami żadnymi kina spod znaku "ozploitation", czyli reprezentacji Nowe Fali Kina Australijskiego lat 70 i 80'tych. Po wyśmienitych prelekcjach, wśród syku otwieranych piw i rozochoconej publiczności zaczynały się filmy, które oglądane z przymrużeniem oka dostarczały iście ogromnej ilości relaksującej rozrywki. Bo naprawdę trudno byłoby brać na poważnie thriller ekologiczny o skłóconej parze, którą atakują zwierzęta podczas wypadu nad morze, czy postapokaliptyczny film akcji, gdzie główny bohater zostaje uwięziony w kinie samochodowym. Co ciekawe, najsłabiej w tym zestawieniu wypadały "Przygody Barry'ego McKenzie", które z definicji były komedią. Nikomu nie przypadły do gustu żarty ze stereotypów, którymi na zmianę raczyli siebie australijczycy i brytyjczycy. Nijak to się nie umywało do "Patricka" - dramatycznej, trzymającej w napięciu, mrocznej opowieści o sparaliżowany chłopaku, który rozwinął nad wyraz 6 zmysł i użyje go do terroryzowania pielęgniarek szpitala, w którym się znajduje. I nie tylko. Polecam dla zainteresowanych, skąd Tarantino wziął pomysł, żeby Uma Thurman w "Kill Billu" leżała w śpiączce z otwartymi oczami i pluła. Moim osobistym faworytem była jednak "Niebezpieczna Gra" - bardzo płynna opowieść o tirowcu, który jadąc przez australijskie bezdroża rozmawia ze swoim psem dingo, przygrywa Bacha na harmonijce, bierze autostopowiczki i wplątuje się w morderstwo. Niebanalne, zabawne i klimatyczne.

Na koniec czuję się zobowiązany dodać mały bonus, też poliwizyjny, a przede wszystkim polifoniczny - taki youtube'owe DIY - i ty możesz dyrygować.

Janusz

piątek, 21 sierpnia 2009

Jeśli spotkasz swojego sobowtóra, zabij go.

Ostatnio zewsząd słychać głosy, że technika found footage (bierzemy nakręcone już wcześniej i przez kogoś innego materiały audiowizualne, opcjonalnie dokręcamy do tego małe co nieco, wszystko razem montujemy i uzyskujemy w pełni autonomiczne dzieło) wraca do łask i zaczyna wzbudzać zainteresowania zarówno wśród twórców jak i teoretyków. Ciekawa jestem rozwoju akcji, w końcu Wiertow geniuszem był. Na ENH udało mi się obejrzeć dwa pełnometrażowe found footage. Pierwszy z nich startujący w konkursie "Mock up on Mu" to film - kolaż złożony z niemal w całości z krótkich fragmentów filmów science fiction. Craig Baldwin amerykański artysta, performer nieźle nagimnastykował się wybierając fragmenty z 50letniego odcinka historii gatunku. Dla mnie, lamusa w tej materii całość okazała się nad wyraz niestrawna już po kilku minutach projekcji. Przy tak poszatkowanym materiale, nawet nachalny słowotok próbujący z całych sił podtrzymać narrację nie niesie wrażenia spójności. Jeśli kiedykolwiek zdecyduję się na podobne harakiri, to wcześniej sprawdzę metraż, bo rzeczone trwało 2godziny.



Kontynuując wątek śmierci i wracając do tytułu posta przejdę do filmu "Dubel" w reżyserii Johana Grimonpreza. Ten film to kolejny z foound footagowych eksperymentów, tym razem zdecydowanie bardziej udany. Choć główną inspiracją dla filmu było opowiadanie Thomasa McCarthy’ego o spotkaniu Alfredza Hitchcocka z tegóż sobowtórem, Dubel w pełnej krasie jest tak szkatułkowy jak największa matrioszka świata.
Motyw podwójności, dublerów, duplikatów i par zostaje świetnie zobrazowany wspomnianą już wcześniej found footage’ową techniką montażu. Reżyser Dubla wykorzystał jako surowiec różnorodne źródła, od kinowej wersji Ptaków, przez kroniki telewizyjne prowadzone przez Alfreda w TV, wiadomości i reklamy z czasów zimnej wojny, materiały z castingu na sobowtóra Hitchcoka. Grimonperez zręcznie manewruje materiałem, choćby poprzez dodanie odpowiedniej muzyki i precyzyjne zestawianie scen tworzy atmosferę niepokoju charakterystyczną dla mistrza Alfreda. Opowiadaniu przyświeca świadomość, iż spotkanie z tym innym, istniejącym gdzieś w naszym sobowtórem, może okazać się miażdżącym, z walki zwycięsko wyjdzie bowiem tylko jeden. W Dublu Hitchcocki pączkują niczym drożdże, jest Alfred Alfred, Alfred prezenter swojego show, kilku sobowtórów Alfreda i wszechobecny głos Alfreda atakujący z odbiornika telewizyjnego, z planu zdjęciowego i wreszcie z offu. Alfred zajmuje film jak swego czasu Gremliny zajęły miasto, nie wiadomo jednak do końca kim jest Alfred i czy aby na pewno jest on Alfredem:) W tym momencie nasuwa się popularna dyskusja o oryginale i kopii, dziele i reprodukcji. Wróćmy jednak do Dubla, zaskakującym rozwiązaniem jest wprowadzenie jako kolejnej osi zapalnej (kolejnej po Alfredzie:)motywu zimnej wojny, czasów kiedy odbiorniki telewizyjne zaczęły upowszechniać się na tyle, że po raz pierwszy można było zastanowić się nad manipulacją medialną, stosunkiem przekazu medialnego do rzeczywistości. Do ilu telewizorów musielibyśmy wejść po kolei by odczarować obraz Hitchcocka i zobaczyć jego samego miast ikony? Czy ZSRR i USA to nie duble tego samego mocarstwa? Grimonperez nie pozostawia materiałów bezwolnie, bazując na naszych mechanizmach percepcyjnych wytwarza klimat napięcia. Pokazując kilkanaście wersji uroczej reklamy kawy, można wywołać u widza oczekiwanie na eksplozję. Reżyser Dubla jest nie tylko świadomy tego faktu, ale też bardzo zdolny. Podsumowując : jeszcze nigdy pasożytnictwo nie było tak atrakcyjne.

Jakieś 100 lat temu wspomniałam o sekcji Trzecie Oko i zdałoby się o niej napomknąć. Choć nazwa cyklu nieść może różne konotacje, chciałabym od razu uściślić, że organizatorom ENH kojarzy się ona z brataniem filmu i tak zwanych sztuk audiowizualnych. W ramach pokazów zobaczyć można było choćby Demokracje Żmijewskiego, kilka filmów Kozyry czy wreszcie (największe nieodżałowanie) „Gdzie jest gdzie” Eiji-Liisy Ahtilli. Festiwale są wszakże sztuką trudnych wyborów. Napisać muszę o retrospektywie filmów Reynolda Reynoldsa, która wybrałam dość spontanicznie, a zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Okazało się, że twórca pochodzący z Alaski gotuje tak jak lubię, balansując miedzy gramatyką kinową, a „audiowizualną” stosuje zabiegi z którymi przeciętny widz jest oswojony, po to by za moment poddać je dekonstrukcji. NO EXIT głosi tytuł pokazu. W sytuacji bez wyjścia nie ma wytchnienia, napięcie emocjonalne nie słabnie. U Reynoldsa wszechobecna jest groza, choć bohaterowie pozostawieni sami sobie zdają się być pogodzeni z losem. W poetyckim i zwiewnym „Burn” płomienie trawią apatycznych mieszkańców domu, nie przeszkadzając im bynajmniej w zajęciach dnia codziennego. W "Niewidocznym życiu" kobieta uwięzioną w mieszkaniu ożywia chaosem swych myśli przyrodę, w efekcie wnętrze bohaterki i jej otoczenie zlewają się w całość, by ekspansywnym rozkwitaniem i wyrastaniem pochłaniać wolną przestrzeń. Jest jeszcze „Sześć mieszkań”, w którym na płaszczyznach dwóch ekranów z przeróżnych perspektyw obserwujemy statyczne życie ich mieszkańców. Tylko konsumpcja i rozkład mogą być tu świadectwem upływu czasu. W najdłuższym z zaprezentowanych „Sugar”, rządzi logika makabrycznego snu, następujące po sobie epizody prowadzą bohaterkę o niezapomnianym licku do znalezienia własnego trupa w lodówce. W gruncie rzeczy to wszystko co napisałam jest nieważne, każdemu bowiem życzę takiej ekstazy wizualnej, jaką zaserwował mi Reynolds swoimi kadrami.


CDN
Pus

czwartek, 20 sierpnia 2009

Do filmu!

Chwilowo młodzieżowe wojaże przycichły i choć emocje nie opadły równie spektakularnie jak po wielkiej bitwie kurz, zdałoby się podtrzymywać pozory blogowatości bloga. Janusz rozpoczął od Guya Maddina na ENH, nie wypada mi się powtarzać po próżnicy, dam tylko pokrótce upust swym odczuciom, bo miło jest pisać w entuzjastycznym tonie. Jest coś magnetyzującego zarówno w szaleńczym spojrzeniu Kanadyjczyka, jak i patykiem pisanym, zadziornie niechlujnym, a przy tym przestylizowanym i pełnym rozmachu stylu reżysera. Maddin w swych filmach bazując na estetyce znanej z kina lat 20, 30 konstruuje zupełnie nowy świat. To rzeczywistość? pełna szalonych wizji, nie podporządkowana logice prawdopodobieństwa, wypełniona bohaterami cierpiącymi na amnezję, oniryzmem poschulztowskim i tym co spychane w nieświadomość, bo nazbyt lepkie. To kino nie dające się okiełznać. Filozoficznie ujmując swą strategię Maddin głosi, że „tak jak każda potrawa smakuje mniej lub bardziej jak kurczak, tak każda opowieść jest w większym lub mniejszym stopniu melodramatem”. Jego melodramatyczne szafowanie sztucznością czyni autentycznym. Oglądanie dorobku Maddina może być rozkoszną zabawą, szczególnie jeśli jesteśmy w stanie uwierzyć w zbawienną moc pocierania brzucha chorego martwą mewą. Ja uwierzyłam!

Popychając dalej karawanę i wciąż wspominając o tym co dobre, zwróciłam bym swe pokłony w kierunku dwóch świeżych sekcji, mam tu na myśli Nowe horyzonty języka filmowego, oraz Trzecie Oko. Pierwszy cykl na poły edukacyjny na poły dyskusyjny, na dodatek z obraną misją obserwowania zmian języka filmowego na przestrzeni dziejów. W tym roku mistrzowie ceremonii Jan Topolski i Grzegorz Kurek z wdziękiem i kompetencją wzięli na warsztat kategorię montażu filmowego. Na przykładzie 10 wyselekcjonowanych filmów omawiali konkretne innowacyjne zabiegi w tej dziedzinie takie jak poliwizja, kolaż czy montaż asocjacji.(O dziwo panowie uznali, za zbędne rozkminianie statusu ontologicznego dzieła filmowego po wprowadzeniu samej kategorii montażu - Wojtek Chyła buziaczki!). Jakkolwiek cykl uważam za bardzo ciekawy pewnie dlatego, że w jego ramach znalazło się kilka interesujących tytułów:)


Prawdziwym festiwalowym wydarzeniem był przyjazd Mike'a Figgisa i pokaz filmu Timecode wraz z muzyką miksowaną na żywo przez samego reżysera. Techniczna strona tego zabiegu, wykonywanego na 9 kanałowej maszynerii, nadal pozostaje dla mnie zagadką. Jakkolwiek Timecode jest filmem niezwykłym, akcja rozgrywa się jednocześnie na 4 autonomicznych wobec siebie ekranach. Dźwięk jest spoiwem łączącym te cztery wizualne ścieżki, to fonia kieruje naszą uwagę na element w danym momencie znaczący. Bohaterowie Timecode zmieniają swoje lokacje, pojawiają się kolejno na różnych kwartach, podobnie jak w Nowej Książce klasycznym poliwizyjnym filmie Rybczyńskiego. W przypadku filmu Figgisa nietuzinkowym zabiegiem jest zachowanie rzeczywistego czasu akcji, w trakcie 1,5 h trwania filmu brak jakichkolwiek cięć montażowych. (Twórca praktycznie argumentował ten zabieg jako wyraz znużenia długotrwałym czasem postprodukcji poprzedniego projektu.) Wszelkie reakcje bohaterów zostają zarejestrowane synchronicznie z 4 dość statycznych kamer. Znając ten szczegół podczas projekcji podziwiać można nie tylko odwagę reżysera, który na taką metodę pracy się zdecydował, ale i sposób w jaki dziewczyna Salmy Hayek podsłuchując jednym uchem wyżej wymienioną tworzy swoją postać zachowując real time. Poliwizja fascynuje pod względem percepcyjnym, można by Timecode oglądać wielokrotnie, kierując strumień koncentracji kolejno na poszczególne ekrany, zmieniając ich konfiguracje, znajdywać coraz to nowe smaczki. Idea dzieła otwartego, pozwalającego widzowi na kilka sposobów powciskać się w formę wydaje mi się być nad wyraz interesującą, w wypadku Timecodu niestety nie byłam jednak w stanie podtrzymać w sobie zainteresowania samym filmem.


Zupełnie innym filmem zrealizowanym również za pomocą montażu polifonicznego są Fragmenty Tracey w reżyserii Bruce'a McDonalda. W tym wypadku było zdecydowanie zarówno mniej chaotycznie jak i mniej statycznie. Powstało już ładnych kilka filmów o problemach społeczno-egzystencjalnych 15 latek (licząc chociażby tylko te z Ellen Page:), ten jednak polecam serdecznie chociażby ze względu na stronę formalną. W przeciwieństwie do Figgisa, Bruce McDonald nie używa równoprawnych, statycznych ekranów, widz nie jest już przysłowiowym stróżem nocnym obserwującym na monitorach obrazy z zamkniętego osiedla. Tutaj poliwizja służy skalowaniu obrazu, rozkładaniu na drobniejsze elementy, pokazywaniu na mniejszych ekranach w bliższym planie wycinków z większego ekranu. We Fragmentach Tracey ekrany zmieniają swoje rozmiary i położenie względem siebie, multiplikują się sprawiając wrażenie obrazu oglądanego przez niesymetryczny kalejdoskop. We Fragmentach Tracey przez cały czasy wiadomo, który z obrazów jest tym dominującym, tak jak wiadomo, że to Tracey jest postacią prymarną dla całej historii. Rozczłonkowanie obrazu odzwierciedla zaś złożoność, schizofreniczną chaotyczność świata dziewczyny. Zachowanie dominacji jednego z ekranów, pozwala reżyserowi na zaburzanie czasoprzestrzeni, zastosowanie odwróconej chronologii i odejście od timecodowego filmowania przywodzącego na myśl kino dokumentalne. Można przypuszczać, że w Przypadkach Tracey poliwizja, podobnie jak u Greenawaya jest w pewnym sensie spełnieniem kubistycznego marzenia, umożliwia bowiem w pełni pokazanie przedmiotu z wielu perspektyw i w wielu wymiarach jednocześnie.

Czkawka z 2002 będąca pełnometrażowym debiutem György Pálfia jest filmem nie poddającym się opisom i kategoryzacji. Choć to film etnograficzny (bowiem nakręcony z udziałem lokalsów w małej węgierskiej wiosce), choć to film pozbawiony dialogów (ich brak zostaje naturalnie zatuszowany), choć część pełnoprawnych bohaterów filmu znaleźć można w atlasie o faunie i florze, Czkawka w jakiś magiczny sposób buduje suspens i wywołuje śmiech. Dzieło Palfia zdawać by się mogło zbiorem ujęć niezdatnych do stworzenia serii o narracyjnej jedności. Jest jednak inaczej, film niezwykle zręcznie zmontowany tworzy logiczną konstrukcję, opartą zarówno na zasadach analogii : kształtów, kolorów, dźwięków, jak i na asocjacji która prowadzi do chronologicznego ustawiania ujęć w łańcuchy pokarmowe! Czkawkę trzeba zobaczyć, by się zachwycić, nie tylko dla wielce estetycznych zdjęć, ale też po to by przekonać się jak bardzo jest to film różny od reszty.Dla zainteresowanych próbka tutaj.
Film będąc eksperymentem formalnym jednocześnie wywołuje w widzu mechanizm napięcia rodem z klasycznej detektywistycznej historii. Na szczęście cały w tym urok Czkawki, by pozostawić warstwę kryminalną na tyle tajemniczą i niedopowiedzianą, że wśród publiczności pojawią się jej rozbieżne rekonstrukcje.
cd wkrótce
Pus

Woodstock? Filmem go! (ENH #1)

Nasz piękny błotnisty festiwal w Kostrzynie nad Odrą jest z pewnością trochę z piekła rodem. Ale tylko trochę, tak tyle: | |. Są również i nie mniej męczące sposoby spędzania wolnego czasu wakacyjnego. Ja z blogową koleżanką proponujemy miesiąc wolontaryzowania się po festiwalach filmowych. Choć jest tego sporo ostatnio, to postawiliśmy na klasyki: Era Nowe Horyzonty i Letnia Akademia Filmowa w Zwierzyńcu. Porównywać nie będę, bo to zupełnie inny rodzaj imprez. Ale podsumować należy. Dlatego też zabieramy się do tego zadania w pełni władz umysłowych i ze świadomością, że nikt nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego co się działo na wyżej wymienionych festiwalach. Ale polecić co nieco można.

Zacznijmy od ENH.
A z repertuaru ENH zacznijmy może od retrospektyw, które wrocławski festiwal przygotowuje bardzo znakomicie - dbając o zgromadzenie całego dorobku danego artysty, a także o to, żeby prelekcja przed każdym seansem, lub spotkanie z reżyserem rozjaśniło nam trochę obraz.
Największym moim odkryciem jest niewątpliwie Guy Maddin, nie nowicjusz na Erze, ale dla mnie zupełna nowość. Kręceniem filmów zajął się zupełnym przypadkiem, co z radością pokazuje w swoich filmach ignorując rygory warsztatowe. Sam mówi, że nauczył się filmowego rzemiosła tylko po to, aby się go oduczyć i kręcić po swojemu. Już od pierwszego swojego dzieła - "Opowieści ze szpitala Gimli" Maddin proponuje formę naśladującą czarno - białe, nieme produkcje. Kręci najczęściej na taśmie 16-to milimetrowej (czasem nawet na 8mm), co zamazuje obraz, pozwala zignorować niedoskonałości scenograficzne i skupia uwagę widza na akcji. Próbkę stylistyki tego reżysera można zaobserwować w tej krótkometrażówce.
Nie dba specjalnie o umiejętności swoich aktorów, o wystrój sceny. Tworzy za to magiczne opowieści, sięgające wyżyn absurdu, tylko po aby przedstawić nam swoją własną historię (bardzo często i bogato upstrzoną wątkami autobiograficznymi), która jest nam bliższa niż to się wydaje na początku.
Guy Maddin jest znany z tego, że uparcie mitologizuje swoje miasto rodzinne - Winnipeg - większość jego filmów dzieje się w tej kanadyjskiej miejscowości, nawet jeśli nie ma to większego sensu. Po prostu Winnipeg musi być.
Osoby, które widziały dzieła tego kanadyjczyka najczęściej wychodziły zachwycone po pierwszym seansie. Na dłuższą metę jednak ta poetyka mogła męczyć i jakoś tak zostawało, że ulubiony był ten film obejrzany na początku. Ja osobiście postawiłbym na "Piętno na umyśle" - niepokojący trochę film o trwałości i wadze wspomnień z dzieciństwa (a do tego okrutne eksperymenty medyczne i nastoletni detektywi), oraz na "Najsmutniejszą muzykę świata". Sam pomysł tego filmu (aby urządzić konkurs na najsmutniejszy utwór świata) jest genialny i bardzo nośny, a do tego przyozdobiony świetnymi aktorkami (Isabella Rossellini w roli baronowej bez nóg, za to z protezami szklanymi wypełnionymi piwem i Maria de Medeiros) oraz przepiękną, czarno-białą poetyką pokazuje w pełni geniusz tego reżysera. Można się kłócić, że na miano geniusza trzeba sobie zasłużyć, ale polecam książkę wydaną właśnie z okazji tej retrospektywy. Maddin sam przeciągnie na swoją stronę niezdecydowanych ogromną spostrzegawczością i zrozumieniem tego, czego zrozumieć zazwyczaj się nie da.

Widzowie ENH dzielili się, jak zaobserwowałem, na tych, którzy tłumnie szturmowali seanse Maddina i na zwolenników Tsai Ming Lianga. Zupełnie odmienna od pulsujących życiem obrazów Maddina stylistyka tajwańskiego reżysera po prostu nie przypadła mi do gustu, więc jego retrospektywę przemilczę.
Jako bonus - teledysk w reżyserii Guya Maddin do utworu It's a Wonderlful life amerykańskiej grupy Sparklehorse.

Janusz

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Poczuj zapach kurzu!

Zastanawiam się cały czas, co mnie skłoniło do kolejnego wypadu na Woodstock. Niedawno wróciłam, z niesamowitą przyjemnością odkręciłam ciepłą wodę, wypiłam gorącą i pachnącą kawę na kanapie. No i doceniłam swoje wygodne łóżko. To już chyba bodajże mój czwarty Woodstock w Kostrzynie nad Odrą. Za każdy razem, będąc tam w tym tumanie kurzu, smrodzie i co by nie mówić rozpuście, krzyczę do siebie, że już nigdy w życiu, że jestem za stara, że nie zniosę takich upodlających warunków. Jednak wracam tam po kilkuletniej przerwie i trochę brakowało mi emocji, jakie towarzyszą temu festiwalowi. Jest to coś wyjątkowego niewątpliwie!


Niech nikt nie będzie w błędzie, że tam chodzi o muzykę, ona jest oczywiście ważna, ale najważniejsze wydarzenia na Woodstocku tworzą uczestnicy. W tym roku ponad 400 tysięcy ludzi, tylko jedna ofiara śmiertelna, dobra organizacja - dla wygodnisiów płatne pole namiotowe i ciepły prysznic. Tylko pamiętajmy to nie elitarny Heineken, tylko survival pod gołym niebem, prawdziwy woodstockowicz nie prostuje włosów, nie nosi białego obuwia i na boga, nie chodzi z parasolką po terenie festiwalu. Po to jest Woodstock, żeby walczyć z cywilizacyjnymi udogodnieniami, przecież to jasne, dlatego jestem lekko zdegustowana bananową młodzieżą, którą spotkałam. Nie zabrakło oczywiście soczystej, prawdziwej woodstockowej ekipy. Brudne, pijane punki, które przyjechały po wielką dolewkę, można też było spotkać niepełnoletnich zbuntowanych równie odurzonych, ale szczęśliwych. Myślę sobie, że teraz na tym festiwalu są chyba wszystkie subkultury. Muzyka jest oczywiście z tych ostrych, szatańskich rejonów, ale bez problemu można było pohasać przy dubstepie czy drum'n'bassie.

Przyznam się, że nie byłam na wielu koncertach, zresztą nigdy nie byłam na więcej niż czterech. Polecam za to Juliette Lewis. Kobieta umięśniona, roznosiła scenę swoim tańcem, jeden kawałek wykonała nawet z Kasią Kowalską, która była wieczorną niespodzianką. Owsiak lubi zaskakiwać. Sobotnia odsłona festiwalu była zdecydowanie sentymentalna. Z okazji 40 rocznicy amerykańskiego Woodstocku zagrała specjalnie orkiestra Mazowieckiego Teatru Muzycznego, głosu udzieliły różne polskie i zagraniczne gwiazdy. Usłyszeć można było Lorę Szafran, Ewelinę Flintę, braci Cugowskich i wielu innych znakomitych artystów. "Little wing" czy "Piece of my heart" na wielkiej scenie robi naprawdę pappararrra. Bardzo dobrze przyjęto również szczeciński zespół Big Fat Mama, który rozbujał publiczność funkowym graniem.

Poza tym to, co zwykle na Woodstocku, Hare Kryszna (polecam nocne sety w ich namiocie), Akademia Sztuk Przepięknych, Wioska Pijacka, pasaż handlowy. Nowością były dla mnie ujednolicone posiłki. Wprowadzili kupony, za które można było kupić coś do jedzenia. Pamiętam do dziś różne budki, stoiska z napisami "zajebista zapiekanka" czy "wykurwista pita". Tak było. Teraz jest grzeczniej zdecydowanie. Zaraz koło głównej sceny stał wielki grzybek, ulubieniec wszystkich podczas upałów, które nie opuszczały nas do wieczora dnia ostatniego. Grzybek, czyli wielki natrysk, z którego leciała zbawienna woda. To słynne błoto. Nie kąpałeś się? Nie jesteś prawdziwym woodstockowiczem, usłyszysz od uczestników. I to najboleśniejsze ze wspomnień festiwalu, toi toi - raczej źle wspomina chyba każdy. Sadzę, że da się to wytrzymać. O dwójce na Woodstocku jednak zapomnij. Jest za mało tych plenerowych toalet, chociaż przyznam, że nie były wcale tak obleśne, jak kiedyś. Czyszczone były dwa razy dziennie. Jeżeli chcesz pocieszyć się życiem to zapraszam do kraników, czyli królestwa ludzi kreatywnych i przeczystych.

Nikt mi nie powie, że ludzie na Woodstocku nie lubią zapachu mydła i piany. Mycie krocza również dopuszczalne, wszyscy sobie pomagają. I o to chodzi. Wszędzie panuje atmosfera szczęścia i niezwykłej radości. Można spierać się, że to przez alkohol i inne używki ludzie są tacy zadowoleni, napełnieni miłością. Ja tak nie uważam, bo znam wielu ludzi, którzy tam jeżdżą, bo ideologicznie bliscy są WOŚP-u. Każdy tam zachwyca swoim przebraniem, nietypowym wyglądem, teatralność pełną gębą. Szukasz teatru? Przyjedź na Woodstock. Performance dzieje się z każdej strony.

Lubię Woodstock, pomimo tego, że nie mogłam momentami oddychać przez ten kurz, pomimo tego, że leciała mi krew z nosa, że latały pszczoły, że znajomi oberwali w pogo i mdleli, że upał powodował frustrację roku. Zrezygnowałam jedynie z podróży pociągiem. Opcja samochód i wspaniali ludzi, którzy nie wymiotują na ciebie jest o wiele lepsza. Uwierzcie mi, że można zatankować za 11 złotych w Brusach, żeby spokojnie dojechać do Gdyni. Naprawdę lubię Woodstock i to bynajmniej nie z powodu, że Lech był sponsorem.

roo.

poniedziałek, 20 lipca 2009

Mało Pogodna Pohoda


Rok temu wybrałem się w ciemno (za namową znajomego) na nieznany mi bliżej festiwal u naszych południowych sąsiadów - Pohoda Festival w Słowackim Trencinie. Lekkie, początkowe zaniepokojenie (jedyne co o nim wiedziałem to to, co było na stronie w neci) przerodziło się szybko w uwielbienie. Świetna, prawdziwie festiwalowa, atmosfera, znakomity dobór artystów, przede wszystkim ze średniej półki, no i jeszcze przed rokiem - kusząco niskie ceny. Zachwycony koncertami The Gossip, UNKLE, Miss Kittin& the Hacker, czy pomniejszymi odkryciami, jak My toys like me, lub lokalnymi fenomenami - jak Pudding Pani Elvisovej, wiedziałem, że "ja tu jeszcze wrócę".
Również i tegoroczny line-up szykował się wyśmienicie, po części dublując wykonawców z heinekena, po części prezentując zupełnie oryginalne pomysły. Tradycją Pohody jest są np. sobotnie wieczory z chórami i muzyką klasyczną.
Bezchmurne niebo i bezproblemowy autostop aż do samego festiwalu mógł nastrajać tylko optymistycznie. Napisałbym więc wielce zadowolony post, nie szczędząc oh-ów i ah-ów, gdyby nie dość poważne wydarzenie z soboty 18-ego. Przez cały czwartek, piątek i sobotni poranek słońce nie dawało wytchnienia, ale po południu w sobotę nad całym Trencinem zaczęły gromadzić się chmury i po 15-tej nad miastem i lotniskiem przeszła gigantyczna burza. Pod wpływem wiatru namiot pokrywający drugą scenę zawalił się. 1 osoba zmarła, 3 w śpiączce, 55 rannych, koniec festiwalu, natychmiastowa ewakuacja i nocleg w centrum kryzysowym w hali sportowej. Nieróżowo, ale co zobaczyliśmy to nasze.
Czwartkowy wieczór był przeznaczony na rozgrzewkę. Większość scen jeszcze nie działała, pozostałe punkty festiwalowe dopiero się rozstawiały. Żeby jednak zabić nudę oczekiwania zaproponowano Basement Jaxx - wybór świetny. Parokrotnie podczas tego festiwalu miałem wrażenie, że zespoły z Wielkiej Brytanii przede wszystkim stawiają na rozrywkę, a nie jakość wykonania, czy wirtuozerię. Tak było i z BJ, którzy umiejętnie mieszając style, swoje utwory ze znanymi hitami innych wykonawców, wplatając atrakcyjne wizualnie harce tancerek naprawdę umieli porwać widownię. Na tyle, że łatwo było zapomnieć, że wiele z tych utworów trąciło kiepskimi dyskotekowymi wypełniaczami i wtórnością. Przez noc można było jeszcze posłuchać występu chórów słowackich i brytyjskich.
Prawdziwa Pohoda zaczynała się w piątek, i to dość wcześnie. Pierwsze koncerty na dużej scenie startowały o 12-tej. Upał utrudniał jednak kręcenie się po polu festiwalowym, więc na pierwsze koncerty wróciliśmy dopiero po 17-tej. Fujiya & Miyagi jednak rozczarowywał. To co było ciekawe na płycie, wychodziło płasko na żywo, zupełnie jeszcze niszczone brakiem kontaktu wykonawców z widownią. Lokalne gwiazdy pokroju Richard'a Muller'a są niestety przeznaczone przede wszystkim dla autochtonów i raczej nie zachęcają (nic dziwnego - za granicą Kazik też pewnie by sukcesu nie odniósł). Bardzo pozytywnym zaskoczeniem był za to występ Patti Smith, której twórczości, przyznaję z ręką na sercu, nie znałem zbyt dobrze. Ale zachrypniętym już, bardzo surowym głosem potrafiła zjednać sobie nie tylko starych hippisów. Nie raziły nawet przesadnie zaangażowane teksty, a "because the night" śpiewali z nią wszyscy. Ciekawie było zobaczyć po raz drugi The Ting Tings - te same pomysły, ale różniące się trochę wykonaniem. Odniosłem wrażenie, że na Open'erze występowali z większą werwą i z przyjemnością przedłużali występ. Tutaj wyszli, zagrali i poszli. Ale energetycznie i żywiołowo było i tak. Chociaż raziło wykonywanie z pół - playbacku. Rozumiem, że to ich kompozycje, ale zaproszenie jakiś muzyków, którzy nawet i staliby tylko w tle nie raziłoby tak bardzo, jak muzyka puszczana z kompa. Dla chętnych można porównać - Heineken i Pohoda. W przypadku Hadouken! było podobnie co z Fujiya & Miyagi - występ trochę nijaki i płaski. Pendulum na dobranoc - tradycyjne, brytyjskie, drum&bassowe łojenie - nic zaskakującego.
Soboty z przyczyn wyżej wymienionych zobaczyć nam się udało, czyli ominęły nas występy m.in.: Travisa, Klaxonsów, Lamb, Emiliany Torrini, Hurra Torpedo, Does it Offend You, Yeah? i innych.
A teraz z lubością chciałbym podsumować i wskazać dlaczego ten festiwal jest przyjemniejszy od innych (czytaj - od open'era). Pohoda ma długą tradycję, która pozwoliła wypracować sporą grupę fanów i otoczkę kultu (tak - tutaj też ludzie noszą na nadgarstkach opaski wszystkich poprzednich edycji), jednocześnie ograniczając się tylko do widzów ze Słowacji i Czech. To sprawia, że festiwal jest skrojony na trochę bardziej ludzką miarę i jest bardziej kameralny. Przede wszystkim na jego korzyść przemawia rozłożenie pól namiotowych, które otaczają z dwóch stron obszar miasteczka festiwalowego w kształcie trapezu.

Szereg pomniejszych scen, na których cały czas coś się dzieje, przeplatanych punktami rozrywkowymi i gastronomicznymi rozładowuje tłum. Nie ma się wrażenia, że cały czas przemieszczamy się z tymi samymi ludźmi w tym samym kierunku z jednej strony na drugą. Do tego należy dodać bardzo rozwinięte zaplecze rozrywkowe, które sprawia, że z terenu festiwalu praktycznie nie ma po co wychodzić. Od Bungy, przez Dinner in the sky, kino, teatry, silent disco, aż po tak wymyślne rzeczy jak wielka turbina, nad którą można było latać w namiocie Malboro(cena - zakup jednej paczki fajek). Jeden z namiotów oferował debaty z zaproszonymi gośćmi, a jeszcze inny naukę tańca. Tego ostatniego żałuję chyba najbardziej, ponieważ na Pohodzie 2009 można było zapoznać się bliżej z Kuduro - muzyką i tańcem wywodzącymi się z Angoli, a popularnymi dziś m.in. w Portugalii. Buraka Som Sistem, najbardziej znany kolektyw kuduro w Europie zostali niestety przeniesieni na 4 w nocy, więc ich przespałem (ale za to widziałem ich na open'erze). A w pechową sobotę w namiocie tanecznym miał warsztaty tańca kuduro francuski dj i producent Frederic Galliano, który promuje ten gatunek muzyki. Później w nocy miał się zaprezentować na scenie razem z Kuduro sound system. Niestety nie dane im było.

Z roku na rok mam wrażenie, że Open'er rośnie tylko po to, abyśmy mieli (przede wszystkim, aby Heineken miał) wielki festiwal znany w całej Europie. Pohoda sprawia wrażenie, jakby od początku do końca była tylko po to, aby się dobrze bawić. Każdy kto lubi festiwale średniej wielkości z pewnością będzie się tutaj dobrze czuł. Mam nadzieje tylko, że pech nie sprawi, że festiwal zostanie zawieszony (wszak ma już 12-to letnią historię), a edycja przyszłoroczna będzie mieć więcej szczęścia.
Janusz

piątek, 17 lipca 2009

Na Śląsku tanecznie jest!

XVI Międzynarodowa Konferencja Tańca Współczesnego i Festiwal Sztuki Tanecznej w Bytomiu czas podsumować powoli. Zaczęło się od upalnego 28 czerwca, skończyło się 11 lipca deszczem. Czy podobnie było z nastrojami, zapałem czy nadziejami?

Trochę tak. Tegoroczna gwiazda, najważniejszy punkt programu, czyli Kibbutz Contemporary Dance Company i spektakl "Ekodoom", choć prezentowany dwukrotnie rewelacją nie był. Aby utwierdzić się w tym zdradzieckim wobec organizatorów zdaniu, poszłam dwa razy na ich spektakl, co zdarza mi się naprawdę rzadko. To tytułem wstępu. Kibbutz to grupa pochodząca z Izraela o szlachetnej tradycji. Do 1996 roku funkcjonowała pod nazwą Regional Western Galilee Dance Group, była jedną z sekcji grupy tanecznej Yehudita Arnona. Obecnie Kibbutz jest przede wszystkim kojarzony z osobą Rami Be'era, słynnego na całym świecie kreatora tańca magicznego i ekskluzywnego.

Sama idea zespołu, który odwołuje się do izraelskiego kibucu, wydaje się być niezwykłym eksperymentem społecznym. Grupę tworzy kilkunastu genialnych technicznie tancerzy. Patrząc na nich odnosi się wrażenie, iż niemożliwym jest poruszać się tak, jak oni - dziko, drapieżnie, płynnie, klasycznie, nowocześnie. Dziesiątki technik pulsują w ich ciałach. Są po prostu piękni. Ich sylwetki przypominają marmurowe rzeźby, wszystkie mięśnie są napięte, naciągnięte na skórę, organiczne. Żyją w społeczności ograniczonej do ich zespołu, gdzieś na bezludziu trenują swoje ciała, dzielą się wszystkim między sobą, są równi pod każdym względem. Inną zupełnie kwestią jest problem indywidualności w takiej mikro komunie, sama bałabym się żyć w takiej socjalnej izolacji. Miałam okazję obserwować ich przez dwa dni w Bytomiu poza sceną. Odniosłam wrażenie, jakby wszyscy tworzyli rodzinę, gdzie o patologię między członkami nie jest trudno. Wszędzie razem, zawsze blisko siebie.



Oczywiście jestem zafascynowana nimi, uwielbiam ich ruch, szaleństwo w przestrzeni teatru, tylko dlaczego "Ekodoom" w efekcie okazał się popową prezentacją efektów? Czytam w programie (tylko dla Kibbutzu wydrukowali kolorową broszurkę), że to o człowieku w dzisiejszym świecie, człowieku zagubionym, samotnym, myślę - a to ci nowinka, już uruchomiłam w sobie pokłady czujności, takie słowa można dopasować właściwie do wszystkiego. Publiczność weszła na główną salę Śląskiego Teatru Tańca, gdzie w w pudełku, za którym rosło apetyczne drzewko pomarańczy, wiła się pokryta czymś, co przypominało błoto jedna z tancerek. Walczyła z ograniczeniem, chciała się wydostać z tego ciasnego więzienia. Początek oburzający, warto wspomnieć, że Kibbutz zawsze w swoich spektaklach miażdży widza dźwiękiem, jest głośno, nieznośnie, na granicy wytrzymałości dudnią w uszach piosenki znane większości publiczności (Sigur Ross, Radiohead), tym razem było podobnie. Po ekspozycji stłamszonego człowieczeństwa pojawiły się sekwencje olśniewających estetycznie i ruchowo obrazów. I ponownie znane elementy ich choreografii, rytm - roboczo nazwałam to sobie tanecznym staccato. Zwierzęce działania, opętane ciała natychmiastowo zamierają, cichną zaraz po szarpnięciu struny. Tancerze stworzyli wyraźną formę, która przewija się przez cały spektakl. Po pierwsze ich ciała ustawione w rzędzie, pulsującymi mięśniami przemieszczały się z jednej części sceny na drugą. Po drugie solo i duety. Po trzecie kolumnowe prezentowanie tańca, jak na wybiegu. Tutaj zapaliła się czerwona lampka, ponieważ za dużo było tego elementu. Mówi się, że jeżeli choreograf nie ma pomysłu, to robi coś takiego. Zgadzam się, ale oni tańczą tak fenomenalnie, że wybaczyć im można dosłownie wszystko. I najważniejsze w spektaklu - światła. Z kuluarów wiem, że techniczni pracowali całą noc, żeby zamontować na ich życzenie 200 lamp! Niewiarygodne widowisko świetlne, w którym strumienie światła przeszywały z różnych tancerzy. Jest taka scena, gdzie samotna tancerka oddaje się dźwiękom Sigur Rossa a z góry spada na nią snop białego światła, po pewnym czasie sypie śnieg. Jedyna chyba scena, gdzie traci się poczucie rzeczywistości, ulega się totalnej iluzji życia. Sądzę, że to był najlepszy śnieg w teatrze, jaki widziałam. Jak na razie wszystko, co piszę jet zachwytem nad ich działaniami, pytanie, co takiego nie pozwoliło mi wstać przy kilkunastominutowych owacjach.



Nie zgadzam się zwyczajnie na tak podany brak linearności, pozbawienie dramatyczności w teatrze tańca, na brak spójności i postawienie na efekt. Otóż szereg prezentowanych scen (żołnierz żegnający się z ukochaną, maszerowanie) jednoznacznie odosił się do faszyzmu - nie bez powodu usłyszeć było można nazistowską muzykę, ale z drugiej strony pojawiały się tam sceny nie mające absolutnie związku z resztą (strażnicy z lampami, kobiety, pary plażujące). Rozumiem w pełni zamysł deziluzji, przypadkowości, wytrącania widza z narracyjności, ale dlaczego w takim razie chcą budować fabułę? Ostatnia scena, która była zbiorowym odśpiewaniem łzawej piosenki o słowach "Everybody gets a little lost sometimes", moim zdaniem zburzyła całość melodramatycznym gestem. Nie zgadzam się na na efekt wzruszenia w takim wykonaniu. Nie po to tancerze przez ponad godzinę zmagali się z własną fizycznością, żeby na końcu patetycznym tonem ogołocić się z prawdziwej sztuki. Poszczególne obrazy, światło, ruch są mistrzostwem - naprawdę, jednak w całościowym ujęciu giną w naiwnej, lukrowej historii.

Izraelska gwiazda przegrała zdecydowanie z szwajcarskim zespołem Compagnie Drift, o którym słów kilka za jakiś czas.

roo.

wtorek, 14 lipca 2009

Love Me Tender

Jako, że wakacje nad kaszubskimi jeziorami sprzyjają raczej sztuce medytacji, w pierwszym poście wspominam mojego faworyta zeszłotygodniowego. Od 4 do 12 w porach wieczornych Targ Węglowy w Gdańsku błyszczał przybytkiem zwanym Świątynią Miłości. Interdyscyplinarna instalacja Rumasa i Wyrzykowskiego to kontener w kolorach marcepanu, otoczony lampkami choinkowymi, gdzie na wzór lasvegasowski można wziąć z pompą szybki ślub. Kiczowata otoczka rytuału robiła wielkie wrażenie, gołąbki, tiule, róże, lukry, radio plus łagodne przeboje, transmisja w wersji live na budynku teatru, oklaski. Ślubu wedle preferencji udzielał a) Elvis Presley, b) Lech Wałęsa c) biały miś z Tatr ( to chyba opcja dla fanów taterki, bo ciężko ją inaczej obronić). Czepiać by się można samej realizacji show, ale za 30 zika, dowcip nie musi być znowóż taki najbłyskotliwszy, a klisze takie niewyświechtane. Była zabawa, było co podziwiać, byli ochotnicy. Nawet dla kabaretowego lamusa najsłabiej wypadł Leszek, bo choć miał flanelę i mówił o teczkach, nie trafiał w powszechnie przyjęty rytm nawijki. Kto wie może akurat tych dziesięciu lepszych sobowtórów postanowiło wtedy zgolić wąsa. Jakkolwiek było romantycznie strasznie, a gdybym mogła cofnąć czas hajtnęłabym się z kwiatami numer cztery albo z twarzą Marilyn Monroe.