poniedziałek, 20 lipca 2009

Mało Pogodna Pohoda


Rok temu wybrałem się w ciemno (za namową znajomego) na nieznany mi bliżej festiwal u naszych południowych sąsiadów - Pohoda Festival w Słowackim Trencinie. Lekkie, początkowe zaniepokojenie (jedyne co o nim wiedziałem to to, co było na stronie w neci) przerodziło się szybko w uwielbienie. Świetna, prawdziwie festiwalowa, atmosfera, znakomity dobór artystów, przede wszystkim ze średniej półki, no i jeszcze przed rokiem - kusząco niskie ceny. Zachwycony koncertami The Gossip, UNKLE, Miss Kittin& the Hacker, czy pomniejszymi odkryciami, jak My toys like me, lub lokalnymi fenomenami - jak Pudding Pani Elvisovej, wiedziałem, że "ja tu jeszcze wrócę".
Również i tegoroczny line-up szykował się wyśmienicie, po części dublując wykonawców z heinekena, po części prezentując zupełnie oryginalne pomysły. Tradycją Pohody jest są np. sobotnie wieczory z chórami i muzyką klasyczną.
Bezchmurne niebo i bezproblemowy autostop aż do samego festiwalu mógł nastrajać tylko optymistycznie. Napisałbym więc wielce zadowolony post, nie szczędząc oh-ów i ah-ów, gdyby nie dość poważne wydarzenie z soboty 18-ego. Przez cały czwartek, piątek i sobotni poranek słońce nie dawało wytchnienia, ale po południu w sobotę nad całym Trencinem zaczęły gromadzić się chmury i po 15-tej nad miastem i lotniskiem przeszła gigantyczna burza. Pod wpływem wiatru namiot pokrywający drugą scenę zawalił się. 1 osoba zmarła, 3 w śpiączce, 55 rannych, koniec festiwalu, natychmiastowa ewakuacja i nocleg w centrum kryzysowym w hali sportowej. Nieróżowo, ale co zobaczyliśmy to nasze.
Czwartkowy wieczór był przeznaczony na rozgrzewkę. Większość scen jeszcze nie działała, pozostałe punkty festiwalowe dopiero się rozstawiały. Żeby jednak zabić nudę oczekiwania zaproponowano Basement Jaxx - wybór świetny. Parokrotnie podczas tego festiwalu miałem wrażenie, że zespoły z Wielkiej Brytanii przede wszystkim stawiają na rozrywkę, a nie jakość wykonania, czy wirtuozerię. Tak było i z BJ, którzy umiejętnie mieszając style, swoje utwory ze znanymi hitami innych wykonawców, wplatając atrakcyjne wizualnie harce tancerek naprawdę umieli porwać widownię. Na tyle, że łatwo było zapomnieć, że wiele z tych utworów trąciło kiepskimi dyskotekowymi wypełniaczami i wtórnością. Przez noc można było jeszcze posłuchać występu chórów słowackich i brytyjskich.
Prawdziwa Pohoda zaczynała się w piątek, i to dość wcześnie. Pierwsze koncerty na dużej scenie startowały o 12-tej. Upał utrudniał jednak kręcenie się po polu festiwalowym, więc na pierwsze koncerty wróciliśmy dopiero po 17-tej. Fujiya & Miyagi jednak rozczarowywał. To co było ciekawe na płycie, wychodziło płasko na żywo, zupełnie jeszcze niszczone brakiem kontaktu wykonawców z widownią. Lokalne gwiazdy pokroju Richard'a Muller'a są niestety przeznaczone przede wszystkim dla autochtonów i raczej nie zachęcają (nic dziwnego - za granicą Kazik też pewnie by sukcesu nie odniósł). Bardzo pozytywnym zaskoczeniem był za to występ Patti Smith, której twórczości, przyznaję z ręką na sercu, nie znałem zbyt dobrze. Ale zachrypniętym już, bardzo surowym głosem potrafiła zjednać sobie nie tylko starych hippisów. Nie raziły nawet przesadnie zaangażowane teksty, a "because the night" śpiewali z nią wszyscy. Ciekawie było zobaczyć po raz drugi The Ting Tings - te same pomysły, ale różniące się trochę wykonaniem. Odniosłem wrażenie, że na Open'erze występowali z większą werwą i z przyjemnością przedłużali występ. Tutaj wyszli, zagrali i poszli. Ale energetycznie i żywiołowo było i tak. Chociaż raziło wykonywanie z pół - playbacku. Rozumiem, że to ich kompozycje, ale zaproszenie jakiś muzyków, którzy nawet i staliby tylko w tle nie raziłoby tak bardzo, jak muzyka puszczana z kompa. Dla chętnych można porównać - Heineken i Pohoda. W przypadku Hadouken! było podobnie co z Fujiya & Miyagi - występ trochę nijaki i płaski. Pendulum na dobranoc - tradycyjne, brytyjskie, drum&bassowe łojenie - nic zaskakującego.
Soboty z przyczyn wyżej wymienionych zobaczyć nam się udało, czyli ominęły nas występy m.in.: Travisa, Klaxonsów, Lamb, Emiliany Torrini, Hurra Torpedo, Does it Offend You, Yeah? i innych.
A teraz z lubością chciałbym podsumować i wskazać dlaczego ten festiwal jest przyjemniejszy od innych (czytaj - od open'era). Pohoda ma długą tradycję, która pozwoliła wypracować sporą grupę fanów i otoczkę kultu (tak - tutaj też ludzie noszą na nadgarstkach opaski wszystkich poprzednich edycji), jednocześnie ograniczając się tylko do widzów ze Słowacji i Czech. To sprawia, że festiwal jest skrojony na trochę bardziej ludzką miarę i jest bardziej kameralny. Przede wszystkim na jego korzyść przemawia rozłożenie pól namiotowych, które otaczają z dwóch stron obszar miasteczka festiwalowego w kształcie trapezu.

Szereg pomniejszych scen, na których cały czas coś się dzieje, przeplatanych punktami rozrywkowymi i gastronomicznymi rozładowuje tłum. Nie ma się wrażenia, że cały czas przemieszczamy się z tymi samymi ludźmi w tym samym kierunku z jednej strony na drugą. Do tego należy dodać bardzo rozwinięte zaplecze rozrywkowe, które sprawia, że z terenu festiwalu praktycznie nie ma po co wychodzić. Od Bungy, przez Dinner in the sky, kino, teatry, silent disco, aż po tak wymyślne rzeczy jak wielka turbina, nad którą można było latać w namiocie Malboro(cena - zakup jednej paczki fajek). Jeden z namiotów oferował debaty z zaproszonymi gośćmi, a jeszcze inny naukę tańca. Tego ostatniego żałuję chyba najbardziej, ponieważ na Pohodzie 2009 można było zapoznać się bliżej z Kuduro - muzyką i tańcem wywodzącymi się z Angoli, a popularnymi dziś m.in. w Portugalii. Buraka Som Sistem, najbardziej znany kolektyw kuduro w Europie zostali niestety przeniesieni na 4 w nocy, więc ich przespałem (ale za to widziałem ich na open'erze). A w pechową sobotę w namiocie tanecznym miał warsztaty tańca kuduro francuski dj i producent Frederic Galliano, który promuje ten gatunek muzyki. Później w nocy miał się zaprezentować na scenie razem z Kuduro sound system. Niestety nie dane im było.

Z roku na rok mam wrażenie, że Open'er rośnie tylko po to, abyśmy mieli (przede wszystkim, aby Heineken miał) wielki festiwal znany w całej Europie. Pohoda sprawia wrażenie, jakby od początku do końca była tylko po to, aby się dobrze bawić. Każdy kto lubi festiwale średniej wielkości z pewnością będzie się tutaj dobrze czuł. Mam nadzieje tylko, że pech nie sprawi, że festiwal zostanie zawieszony (wszak ma już 12-to letnią historię), a edycja przyszłoroczna będzie mieć więcej szczęścia.
Janusz

piątek, 17 lipca 2009

Na Śląsku tanecznie jest!

XVI Międzynarodowa Konferencja Tańca Współczesnego i Festiwal Sztuki Tanecznej w Bytomiu czas podsumować powoli. Zaczęło się od upalnego 28 czerwca, skończyło się 11 lipca deszczem. Czy podobnie było z nastrojami, zapałem czy nadziejami?

Trochę tak. Tegoroczna gwiazda, najważniejszy punkt programu, czyli Kibbutz Contemporary Dance Company i spektakl "Ekodoom", choć prezentowany dwukrotnie rewelacją nie był. Aby utwierdzić się w tym zdradzieckim wobec organizatorów zdaniu, poszłam dwa razy na ich spektakl, co zdarza mi się naprawdę rzadko. To tytułem wstępu. Kibbutz to grupa pochodząca z Izraela o szlachetnej tradycji. Do 1996 roku funkcjonowała pod nazwą Regional Western Galilee Dance Group, była jedną z sekcji grupy tanecznej Yehudita Arnona. Obecnie Kibbutz jest przede wszystkim kojarzony z osobą Rami Be'era, słynnego na całym świecie kreatora tańca magicznego i ekskluzywnego.

Sama idea zespołu, który odwołuje się do izraelskiego kibucu, wydaje się być niezwykłym eksperymentem społecznym. Grupę tworzy kilkunastu genialnych technicznie tancerzy. Patrząc na nich odnosi się wrażenie, iż niemożliwym jest poruszać się tak, jak oni - dziko, drapieżnie, płynnie, klasycznie, nowocześnie. Dziesiątki technik pulsują w ich ciałach. Są po prostu piękni. Ich sylwetki przypominają marmurowe rzeźby, wszystkie mięśnie są napięte, naciągnięte na skórę, organiczne. Żyją w społeczności ograniczonej do ich zespołu, gdzieś na bezludziu trenują swoje ciała, dzielą się wszystkim między sobą, są równi pod każdym względem. Inną zupełnie kwestią jest problem indywidualności w takiej mikro komunie, sama bałabym się żyć w takiej socjalnej izolacji. Miałam okazję obserwować ich przez dwa dni w Bytomiu poza sceną. Odniosłam wrażenie, jakby wszyscy tworzyli rodzinę, gdzie o patologię między członkami nie jest trudno. Wszędzie razem, zawsze blisko siebie.



Oczywiście jestem zafascynowana nimi, uwielbiam ich ruch, szaleństwo w przestrzeni teatru, tylko dlaczego "Ekodoom" w efekcie okazał się popową prezentacją efektów? Czytam w programie (tylko dla Kibbutzu wydrukowali kolorową broszurkę), że to o człowieku w dzisiejszym świecie, człowieku zagubionym, samotnym, myślę - a to ci nowinka, już uruchomiłam w sobie pokłady czujności, takie słowa można dopasować właściwie do wszystkiego. Publiczność weszła na główną salę Śląskiego Teatru Tańca, gdzie w w pudełku, za którym rosło apetyczne drzewko pomarańczy, wiła się pokryta czymś, co przypominało błoto jedna z tancerek. Walczyła z ograniczeniem, chciała się wydostać z tego ciasnego więzienia. Początek oburzający, warto wspomnieć, że Kibbutz zawsze w swoich spektaklach miażdży widza dźwiękiem, jest głośno, nieznośnie, na granicy wytrzymałości dudnią w uszach piosenki znane większości publiczności (Sigur Ross, Radiohead), tym razem było podobnie. Po ekspozycji stłamszonego człowieczeństwa pojawiły się sekwencje olśniewających estetycznie i ruchowo obrazów. I ponownie znane elementy ich choreografii, rytm - roboczo nazwałam to sobie tanecznym staccato. Zwierzęce działania, opętane ciała natychmiastowo zamierają, cichną zaraz po szarpnięciu struny. Tancerze stworzyli wyraźną formę, która przewija się przez cały spektakl. Po pierwsze ich ciała ustawione w rzędzie, pulsującymi mięśniami przemieszczały się z jednej części sceny na drugą. Po drugie solo i duety. Po trzecie kolumnowe prezentowanie tańca, jak na wybiegu. Tutaj zapaliła się czerwona lampka, ponieważ za dużo było tego elementu. Mówi się, że jeżeli choreograf nie ma pomysłu, to robi coś takiego. Zgadzam się, ale oni tańczą tak fenomenalnie, że wybaczyć im można dosłownie wszystko. I najważniejsze w spektaklu - światła. Z kuluarów wiem, że techniczni pracowali całą noc, żeby zamontować na ich życzenie 200 lamp! Niewiarygodne widowisko świetlne, w którym strumienie światła przeszywały z różnych tancerzy. Jest taka scena, gdzie samotna tancerka oddaje się dźwiękom Sigur Rossa a z góry spada na nią snop białego światła, po pewnym czasie sypie śnieg. Jedyna chyba scena, gdzie traci się poczucie rzeczywistości, ulega się totalnej iluzji życia. Sądzę, że to był najlepszy śnieg w teatrze, jaki widziałam. Jak na razie wszystko, co piszę jet zachwytem nad ich działaniami, pytanie, co takiego nie pozwoliło mi wstać przy kilkunastominutowych owacjach.



Nie zgadzam się zwyczajnie na tak podany brak linearności, pozbawienie dramatyczności w teatrze tańca, na brak spójności i postawienie na efekt. Otóż szereg prezentowanych scen (żołnierz żegnający się z ukochaną, maszerowanie) jednoznacznie odosił się do faszyzmu - nie bez powodu usłyszeć było można nazistowską muzykę, ale z drugiej strony pojawiały się tam sceny nie mające absolutnie związku z resztą (strażnicy z lampami, kobiety, pary plażujące). Rozumiem w pełni zamysł deziluzji, przypadkowości, wytrącania widza z narracyjności, ale dlaczego w takim razie chcą budować fabułę? Ostatnia scena, która była zbiorowym odśpiewaniem łzawej piosenki o słowach "Everybody gets a little lost sometimes", moim zdaniem zburzyła całość melodramatycznym gestem. Nie zgadzam się na na efekt wzruszenia w takim wykonaniu. Nie po to tancerze przez ponad godzinę zmagali się z własną fizycznością, żeby na końcu patetycznym tonem ogołocić się z prawdziwej sztuki. Poszczególne obrazy, światło, ruch są mistrzostwem - naprawdę, jednak w całościowym ujęciu giną w naiwnej, lukrowej historii.

Izraelska gwiazda przegrała zdecydowanie z szwajcarskim zespołem Compagnie Drift, o którym słów kilka za jakiś czas.

roo.

wtorek, 14 lipca 2009

Love Me Tender

Jako, że wakacje nad kaszubskimi jeziorami sprzyjają raczej sztuce medytacji, w pierwszym poście wspominam mojego faworyta zeszłotygodniowego. Od 4 do 12 w porach wieczornych Targ Węglowy w Gdańsku błyszczał przybytkiem zwanym Świątynią Miłości. Interdyscyplinarna instalacja Rumasa i Wyrzykowskiego to kontener w kolorach marcepanu, otoczony lampkami choinkowymi, gdzie na wzór lasvegasowski można wziąć z pompą szybki ślub. Kiczowata otoczka rytuału robiła wielkie wrażenie, gołąbki, tiule, róże, lukry, radio plus łagodne przeboje, transmisja w wersji live na budynku teatru, oklaski. Ślubu wedle preferencji udzielał a) Elvis Presley, b) Lech Wałęsa c) biały miś z Tatr ( to chyba opcja dla fanów taterki, bo ciężko ją inaczej obronić). Czepiać by się można samej realizacji show, ale za 30 zika, dowcip nie musi być znowóż taki najbłyskotliwszy, a klisze takie niewyświechtane. Była zabawa, było co podziwiać, byli ochotnicy. Nawet dla kabaretowego lamusa najsłabiej wypadł Leszek, bo choć miał flanelę i mówił o teczkach, nie trafiał w powszechnie przyjęty rytm nawijki. Kto wie może akurat tych dziesięciu lepszych sobowtórów postanowiło wtedy zgolić wąsa. Jakkolwiek było romantycznie strasznie, a gdybym mogła cofnąć czas hajtnęłabym się z kwiatami numer cztery albo z twarzą Marilyn Monroe.

Po Openerzu

Opener - okręt flagowy agencji Alter Art i Mekka całej polskiej młodzieży, albo przynajmniej tej noszącej Ray Bany. Edycja 2009 już za nami - oczywiście o wiele większa, oczywiście udana.

Opener osiągnął tym samym taką samą pozycję jak Flight of the Conchords - jest tak popularny, że żeby być alternatywnym trzeba go nie znać i/ lub krytykować
. Ja przyznaje się, że narzekam od roku już - że za bardzo rozbita przestrzeń, że tłumy itp., itd. Ale wielkości, siły promocyjnej i rangi artystycznej odmówić mu nie można.

Nie chcę się rozpisywać szczegółowo o kolejnych dniach, gdyż nawet nie jestem w stanie spisać takiego szczegółowego reportażu - na festiwal przyjeżdżałem późno, wracałem wcześnie (zapalenie gardła i antybiotyki nie wybierają - uważaj, to może spotkać i Ciebie!). Skrótem tylko chciałem wypisać co ciekawsze występy.

Pierwszy dzień, przeznaczony na rozgrzewkę, niespecjalnie mnie interesował. Peter, Bjorn and John - koncert porządny, ale bez przesady. Żałuje Late of the Pier, jak i Łąki Łan, na które nie poszedłem. Dużą scenę obsadzono Arctic Monkeys i promowano ich na jedną z głównych gwiazd festiwalu. No i na pewno zapadli w pamięć - trudno pisać, czy był to zły, czy dobry koncert - przede wszystkim dziwny. Ze źródeł nieoficjalnych, a dość wiarygodnych - cały zespół był narąbany w trzy dupy. I to wyjaśnia dziwne zachowanie Alexa Turnera, który wydawał się być bardzo spłoszony i z publicznością rozmawiał mniej więcej w ten sposób:
-Wszyscu OK? No dobrze... To my może coś jeszcze zagramy.
Trzeba do tego dorzucić dwie wymuszone (przez sprzęt) przerwy, które tworzyły parominutowe dziury z ciszą na pierwszym planie. W zamian za to zagrali względnie spontanicznie (takie odniosłem wrażenie) utwory z nowej płyty.

Piątek chciałem rozpocząć od ParisTetris, ponieważ Macio Moretti złych rzeczy nie robi, a do tego w duecie z największym objawieniem polskiej pianistyki jazzowej ostatnich lat
(podobno - płyty "Bob" nie słuchałem jeszcze) - Marcinem Maseckim mogli stworzyć coś naprawdę wartościowego.Ale nie dotarłem. Pod scenę dotarłem dopiero na Gossip, którzy nie zaskoczyli mnie tylko dlatego, że widziałem ich już na scenie i wiedziałem, że należy się spodziewać świetnego kontaktu z publicznością i żywiołowego występu. Gaba Kulka - ciekawie, ale to jest muzyka na zdecydowanie mniejsze przestrzenia. Moby - wielki show, dużo smętnych hitów, ale raczej pozytywnie. Duffy - porządnie i wzorcowo. Ale gwiazdą tego dnia był kto inny. Na Crystal Castles czekałem chyba z największą niecierpliwością i warto było. Genialny a jak prosty zabieg - brak oświetlenia sceny dawał nam widowisko żywcem wyjęte z tetrzyku cieni, gdzie cień Alice Glass rzucał się na wszystkie strony, nie wyłączając widowni. Jeśli ktoś trafił na ten koncert przypadkiem mógł nie znieść surowych wrzasków wokalistki, ale według mnie ten zespół pokazywał prawdziwą punkową energię i dzikość. Koncert idealny. Nie do pogardzenia były też występy na World Stage - Hjaltalin, a przede wszystkim Speed Caravan.

Następnego dnia przybyłem dopiero na Emilianę Torrini, która mimo niepasującego do jej muzyki nagłośnienia dała naprawdę porządny koncert. Nawet jeśli "jungle drums" zagrane na sam koniec wypadło o wiele słabiej niż na płycie. O 22.00 kolejne zaskoczenie - reaktywowani Faith No More nie dali o sobie zapomnieć. Nawet jeśli narzekano na to, że Mike Patton wyraźnie odstaje artystycznymi zdolnościami od reszty zespołu, to nie można odmówić im gigantycznej dawki energii, która emanowała ze sceny. Faith No More grali jeszcze długo po tym, jak na scenę pod namiotem wyszli White Lies i odegrali dość porządny set z dość porządną energią. W sumie - są dość porządni.Gdzieś tam pomiędzy tymi występami zabłąkałem się na World Stage i ze zdziwieniem obejrzałem wyśmienitych i energetycznych angoli z Madness.

Ostatni dzień rozpoczął się od Buraka Som Sistema, którzy zostali przesunięci z dnia poprzedniego. Wyśmienite do przytupu nóżką, pokręcenia tyłkiem i innych ćwiczeń fizycznych wykonywanych przy muzyce. Z boku sceny stała, cały czas przyglądając się, Santigold - mój faworyt. No i cóż - jednocześnie bardzo dobry koncert jak i beznadziejny show, w którym zupełny brak pomysłu na siebie i na swój wizerunek sceniczny. Trochę rozczarowanie, ale na szczęście nie zupełne - może jeszcze się rozwinie. Przynajmniej była naturalna.
I koniec - nic z później grających mnie nie interesowało, Kings of Leon posłuchałem jednym uchem; kiedy grali Placebo akurat przechodziłem obok (i muszę przyznać, że zmiana perkusisty pomogła ich występom, są teraz nawet - nawet, a nie beznadziejne,tak jak przedtem). Podobno bardzo warto było zostać na Prodigy. Podobno.


Tyle tytułem telegraficznego skróty, który i tak okazał się przydługi.
Tak więc z braku miejsca i czasu nie napiszę:
- że polecam gorąco ostatni wydany w Polsce komiks Milo Manary - "Dzień Gniewu" - ponieważ jest idealnym uosobieniem zdnia - "w tym chaosie jest metoda"
- że tak jak nie przepadam za tłumami przewalającymi się przez zielone pola Open'era, tak z wielką radością udaję się na Słowację na festiwal Pohoda, gdzie jeszcze raz obejrzę te same zespoły + zupełnie nieznane, w mniejszej i bardziej kameralnej atmosferze.

Janusz.

Sztuka, sztuka, sztuka ...

Niniejszy blogiem rozpoczynamy szeroko zakrojoną działalność informacyjną dotyczącą sztuki wszelakiego pochodzenia.
W repertuarze bloga przewidziane jest wszystko. Wszystko ze wskazaniem na teatr, film, komiks. W takiej kolejności. A poza tym wszystko.
Sztuka od serca, przez sztukę do serca i z powrotem.