piątek, 17 lipca 2009

Na Śląsku tanecznie jest!

XVI Międzynarodowa Konferencja Tańca Współczesnego i Festiwal Sztuki Tanecznej w Bytomiu czas podsumować powoli. Zaczęło się od upalnego 28 czerwca, skończyło się 11 lipca deszczem. Czy podobnie było z nastrojami, zapałem czy nadziejami?

Trochę tak. Tegoroczna gwiazda, najważniejszy punkt programu, czyli Kibbutz Contemporary Dance Company i spektakl "Ekodoom", choć prezentowany dwukrotnie rewelacją nie był. Aby utwierdzić się w tym zdradzieckim wobec organizatorów zdaniu, poszłam dwa razy na ich spektakl, co zdarza mi się naprawdę rzadko. To tytułem wstępu. Kibbutz to grupa pochodząca z Izraela o szlachetnej tradycji. Do 1996 roku funkcjonowała pod nazwą Regional Western Galilee Dance Group, była jedną z sekcji grupy tanecznej Yehudita Arnona. Obecnie Kibbutz jest przede wszystkim kojarzony z osobą Rami Be'era, słynnego na całym świecie kreatora tańca magicznego i ekskluzywnego.

Sama idea zespołu, który odwołuje się do izraelskiego kibucu, wydaje się być niezwykłym eksperymentem społecznym. Grupę tworzy kilkunastu genialnych technicznie tancerzy. Patrząc na nich odnosi się wrażenie, iż niemożliwym jest poruszać się tak, jak oni - dziko, drapieżnie, płynnie, klasycznie, nowocześnie. Dziesiątki technik pulsują w ich ciałach. Są po prostu piękni. Ich sylwetki przypominają marmurowe rzeźby, wszystkie mięśnie są napięte, naciągnięte na skórę, organiczne. Żyją w społeczności ograniczonej do ich zespołu, gdzieś na bezludziu trenują swoje ciała, dzielą się wszystkim między sobą, są równi pod każdym względem. Inną zupełnie kwestią jest problem indywidualności w takiej mikro komunie, sama bałabym się żyć w takiej socjalnej izolacji. Miałam okazję obserwować ich przez dwa dni w Bytomiu poza sceną. Odniosłam wrażenie, jakby wszyscy tworzyli rodzinę, gdzie o patologię między członkami nie jest trudno. Wszędzie razem, zawsze blisko siebie.



Oczywiście jestem zafascynowana nimi, uwielbiam ich ruch, szaleństwo w przestrzeni teatru, tylko dlaczego "Ekodoom" w efekcie okazał się popową prezentacją efektów? Czytam w programie (tylko dla Kibbutzu wydrukowali kolorową broszurkę), że to o człowieku w dzisiejszym świecie, człowieku zagubionym, samotnym, myślę - a to ci nowinka, już uruchomiłam w sobie pokłady czujności, takie słowa można dopasować właściwie do wszystkiego. Publiczność weszła na główną salę Śląskiego Teatru Tańca, gdzie w w pudełku, za którym rosło apetyczne drzewko pomarańczy, wiła się pokryta czymś, co przypominało błoto jedna z tancerek. Walczyła z ograniczeniem, chciała się wydostać z tego ciasnego więzienia. Początek oburzający, warto wspomnieć, że Kibbutz zawsze w swoich spektaklach miażdży widza dźwiękiem, jest głośno, nieznośnie, na granicy wytrzymałości dudnią w uszach piosenki znane większości publiczności (Sigur Ross, Radiohead), tym razem było podobnie. Po ekspozycji stłamszonego człowieczeństwa pojawiły się sekwencje olśniewających estetycznie i ruchowo obrazów. I ponownie znane elementy ich choreografii, rytm - roboczo nazwałam to sobie tanecznym staccato. Zwierzęce działania, opętane ciała natychmiastowo zamierają, cichną zaraz po szarpnięciu struny. Tancerze stworzyli wyraźną formę, która przewija się przez cały spektakl. Po pierwsze ich ciała ustawione w rzędzie, pulsującymi mięśniami przemieszczały się z jednej części sceny na drugą. Po drugie solo i duety. Po trzecie kolumnowe prezentowanie tańca, jak na wybiegu. Tutaj zapaliła się czerwona lampka, ponieważ za dużo było tego elementu. Mówi się, że jeżeli choreograf nie ma pomysłu, to robi coś takiego. Zgadzam się, ale oni tańczą tak fenomenalnie, że wybaczyć im można dosłownie wszystko. I najważniejsze w spektaklu - światła. Z kuluarów wiem, że techniczni pracowali całą noc, żeby zamontować na ich życzenie 200 lamp! Niewiarygodne widowisko świetlne, w którym strumienie światła przeszywały z różnych tancerzy. Jest taka scena, gdzie samotna tancerka oddaje się dźwiękom Sigur Rossa a z góry spada na nią snop białego światła, po pewnym czasie sypie śnieg. Jedyna chyba scena, gdzie traci się poczucie rzeczywistości, ulega się totalnej iluzji życia. Sądzę, że to był najlepszy śnieg w teatrze, jaki widziałam. Jak na razie wszystko, co piszę jet zachwytem nad ich działaniami, pytanie, co takiego nie pozwoliło mi wstać przy kilkunastominutowych owacjach.



Nie zgadzam się zwyczajnie na tak podany brak linearności, pozbawienie dramatyczności w teatrze tańca, na brak spójności i postawienie na efekt. Otóż szereg prezentowanych scen (żołnierz żegnający się z ukochaną, maszerowanie) jednoznacznie odosił się do faszyzmu - nie bez powodu usłyszeć było można nazistowską muzykę, ale z drugiej strony pojawiały się tam sceny nie mające absolutnie związku z resztą (strażnicy z lampami, kobiety, pary plażujące). Rozumiem w pełni zamysł deziluzji, przypadkowości, wytrącania widza z narracyjności, ale dlaczego w takim razie chcą budować fabułę? Ostatnia scena, która była zbiorowym odśpiewaniem łzawej piosenki o słowach "Everybody gets a little lost sometimes", moim zdaniem zburzyła całość melodramatycznym gestem. Nie zgadzam się na na efekt wzruszenia w takim wykonaniu. Nie po to tancerze przez ponad godzinę zmagali się z własną fizycznością, żeby na końcu patetycznym tonem ogołocić się z prawdziwej sztuki. Poszczególne obrazy, światło, ruch są mistrzostwem - naprawdę, jednak w całościowym ujęciu giną w naiwnej, lukrowej historii.

Izraelska gwiazda przegrała zdecydowanie z szwajcarskim zespołem Compagnie Drift, o którym słów kilka za jakiś czas.

roo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz