Opener - okręt flagowy agencji Alter Art i Mekka całej polskiej młodzieży, albo przynajmniej tej noszącej Ray Bany. Edycja 2009 już za nami - oczywiście o wiele większa, oczywiście udana.
Opener osiągnął tym samym taką samą pozycję jak Flight of the Conchords - jest tak popularny, że żeby być alternatywnym trzeba go nie znać i/ lub krytykować. Ja przyznaje się, że narzekam od roku już - że za bardzo rozbita przestrzeń, że tłumy itp., itd. Ale wielkości, siły promocyjnej i rangi artystycznej odmówić mu nie można.
Nie chcę się rozpisywać szczegółowo o kolejnych dniach, gdyż nawet nie jestem w stanie spisać takiego szczegółowego reportażu - na festiwal przyjeżdżałem późno, wracałem wcześnie (zapalenie gardła i antybiotyki nie wybierają - uważaj, to może spotkać i Ciebie!). Skrótem tylko chciałem wypisać co ciekawsze występy.
Pierwszy dzień, przeznaczony na rozgrzewkę, niespecjalnie mnie interesował. Peter, Bjorn and John - koncert porządny, ale bez przesady. Żałuje Late of the Pier, jak i Łąki Łan, na które nie poszedłem. Dużą scenę obsadzono Arctic Monkeys i promowano ich na jedną z głównych gwiazd festiwalu. No i na pewno zapadli w pamięć - trudno pisać, czy był to zły, czy dobry koncert - przede wszystkim dziwny. Ze źródeł nieoficjalnych, a dość wiarygodnych - cały zespół był narąbany w trzy dupy. I to wyjaśnia dziwne zachowanie Alexa Turnera, który wydawał się być bardzo spłoszony i z publicznością rozmawiał mniej więcej w ten sposób:
-Wszyscu OK? No dobrze... To my może coś jeszcze zagramy.
Trzeba do tego dorzucić dwie wymuszone (przez sprzęt) przerwy, które tworzyły parominutowe dziury z ciszą na pierwszym planie. W zamian za to zagrali względnie spontanicznie (takie odniosłem wrażenie) utwory z nowej płyty.
Piątek chciałem rozpocząć od ParisTetris, ponieważ Macio Moretti złych rzeczy nie robi, a do tego w duecie z największym objawieniem polskiej pianistyki jazzowej ostatnich lat (podobno - płyty "Bob" nie słuchałem jeszcze) - Marcinem Maseckim mogli stworzyć coś naprawdę wartościowego.Ale nie dotarłem. Pod scenę dotarłem dopiero na Gossip, którzy nie zaskoczyli mnie tylko dlatego, że widziałem ich już na scenie i wiedziałem, że należy się spodziewać świetnego kontaktu z publicznością i żywiołowego występu. Gaba Kulka - ciekawie, ale to jest muzyka na zdecydowanie mniejsze przestrzenia. Moby - wielki show, dużo smętnych hitów, ale raczej pozytywnie. Duffy - porządnie i wzorcowo. Ale gwiazdą tego dnia był kto inny. Na Crystal Castles czekałem chyba z największą niecierpliwością i warto było. Genialny a jak prosty zabieg - brak oświetlenia sceny dawał nam widowisko żywcem wyjęte z tetrzyku cieni, gdzie cień Alice Glass rzucał się na wszystkie strony, nie wyłączając widowni. Jeśli ktoś trafił na ten koncert przypadkiem mógł nie znieść surowych wrzasków wokalistki, ale według mnie ten zespół pokazywał prawdziwą punkową energię i dzikość. Koncert idealny. Nie do pogardzenia były też występy na World Stage - Hjaltalin, a przede wszystkim Speed Caravan.
Następnego dnia przybyłem dopiero na Emilianę Torrini, która mimo niepasującego do jej muzyki nagłośnienia dała naprawdę porządny koncert. Nawet jeśli "jungle drums" zagrane na sam koniec wypadło o wiele słabiej niż na płycie. O 22.00 kolejne zaskoczenie - reaktywowani Faith No More nie dali o sobie zapomnieć. Nawet jeśli narzekano na to, że Mike Patton wyraźnie odstaje artystycznymi zdolnościami od reszty zespołu, to nie można odmówić im gigantycznej dawki energii, która emanowała ze sceny. Faith No More grali jeszcze długo po tym, jak na scenę pod namiotem wyszli White Lies i odegrali dość porządny set z dość porządną energią. W sumie - są dość porządni.Gdzieś tam pomiędzy tymi występami zabłąkałem się na World Stage i ze zdziwieniem obejrzałem wyśmienitych i energetycznych angoli z Madness.
Ostatni dzień rozpoczął się od Buraka Som Sistema, którzy zostali przesunięci z dnia poprzedniego. Wyśmienite do przytupu nóżką, pokręcenia tyłkiem i innych ćwiczeń fizycznych wykonywanych przy muzyce. Z boku sceny stała, cały czas przyglądając się, Santigold - mój faworyt. No i cóż - jednocześnie bardzo dobry koncert jak i beznadziejny show, w którym zupełny brak pomysłu na siebie i na swój wizerunek sceniczny. Trochę rozczarowanie, ale na szczęście nie zupełne - może jeszcze się rozwinie. Przynajmniej była naturalna.
I koniec - nic z później grających mnie nie interesowało, Kings of Leon posłuchałem jednym uchem; kiedy grali Placebo akurat przechodziłem obok (i muszę przyznać, że zmiana perkusisty pomogła ich występom, są teraz nawet - nawet, a nie beznadziejne,tak jak przedtem). Podobno bardzo warto było zostać na Prodigy. Podobno.
Tyle tytułem telegraficznego skróty, który i tak okazał się przydługi.
Tak więc z braku miejsca i czasu nie napiszę:
- że polecam gorąco ostatni wydany w Polsce komiks Milo Manary - "Dzień Gniewu" - ponieważ jest idealnym uosobieniem zdnia - "w tym chaosie jest metoda"
- że tak jak nie przepadam za tłumami przewalającymi się przez zielone pola Open'era, tak z wielką radością udaję się na Słowację na festiwal Pohoda, gdzie jeszcze raz obejrzę te same zespoły + zupełnie nieznane, w mniejszej i bardziej kameralnej atmosferze.
Janusz.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz