czwartek, 27 sierpnia 2009

LAF

Nie dość, że ENH skończyły się wieki temu, to już nawet strony z pamiętnika zapisane wspomnieniami ze Zwierzyńca zdążyły zżółknąć. Dlatego ze wstydem i zażenowaniem (że robię to tak późno) zabieram się do podsumowania 10 edycji (rok dłużej niż Era!) Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu.

Słowem wstępu i przybliżenia sytuacji geopolitycznej:
Jest takie miasto na południowo - wschodnich kresach Polski, zwane Zamościem, którego prezydentem jest, a jakże! - Zamoyski. 30 km od tegoż grodu znajduje się mała, parotysięczna mieścina - Zwierzyniec. Sklepy otwarte do 24, jedno kino, stary browar, który już został wykupiony przez większą firmę i jakieś 3 tysiące dusz, w większości zajmujących się wypożyczaniem turystom kajaków, lub zapewnianiem im wiktu i opierunku.
W tą uroczą część Roztocza zjeżdża się raz do roku towarzystwo z Lublina pod wodzą Piotra Kotowskiego i przekształca wszystkie możliwe sale gimnastyczne, budynki gospodarcze i tereny publiczne w kina. Nie należy więc wymagać wielkoekranowych, klimatyzowanych sal na 300 osób - wszystko jest oczywiście profesjonalne, ale profesjonalne na tyle na ile to możliwe.
Era to nowe horyzonty, czasami zachwycające, czasami nie do zniesienia. LAF z kolei to kino zapomniane, nieznane, mniej znane, niepopularne, czy skreślone, ale na pewno przystępne widzowi. Tak więc w tym roku mieliśmy szereg bloków tematycznych absolutnie wszelakiej prowieniencji. Od szeroko reklamowanego jako "najważniejszy włoski reżyser zaraz za Fellinim" Pupi Avatiego (w którego wielkość bardzo wątpię i znając lepszych włoskich reżyserów, tego pominę milczeniem), przez filmy, których motywem wspólnym były pociągi, złotą kolekcję Sputnika, aż po kino pod okupacją, czyli niemieckie filmy propagandowe czasów III rzeszy (do których jeszcze powrócę). To jednak nie wszystko.
Podczas cyklu "Alchemia Kina" można było spróbować uchwycić istotę kina i to co w nim jest takiego hipnotyzującego oglądając takie klasyki "Cinema paradiso" (jedna z piękniejszych scen końcowych, jakie widziałem), "Purpurowa róża z kairu" (tu przydałaby się jeszcze polska "Ucieczka z kina wolność", ale nie narzekajmy), czy "Osiem i pół" - jeden wielki kinowy żart.
"Stronnicza historia polskiego kina" oferowała przekrój przez to, co powinno być znane, a z różnych powodów nie jest. Od pierwszych czarno - białych, niemych produkcji, aż po koniec PRL-u. Niektóre z tych filmów były swoistymi ciekawostkami, jak np. "Na Sybir" - pierwszy polski film dźwiękowy, ale można było też wyszukać prawdziwe arcydzieła, które z różnych powodów zawieruszyły się gdzieś i zapomniały się. Takim niesłusznie zakurzonym dziełem jest z pewnością (niemy jeszcze) "Policmajster Tagiejew" (na podstawie noweli Gabrieli Zapolskiej) z fenomenalnym Bogusławem Samborskim w roli tytułowej. Specjalizował się on w rolach czarnych charakterów, co świetnie widać w Policmajstrze. Niestety za rolę w antypolskim "Powrocie" ("Heimkreh" -1941 - też pokazywany na LAFie) został przez podziemie skazany na infamię i uciekł do Austrii, gdzie występował pod pseudonimem, żywota dokonał na wygnaniu w Argentynie.
Pośród dziesiątek innych filmów zgromadzonych w tym cyklu (które są teraz na liście "do obejrzenia"), pośród dzieł Kutza, Hasa, Wajdy, Żuławskiego wybrałem, przypadkiem trochę, "Pokój z widokiem na morze" Janusza Zaorskiego. Kino Moralnego Niepokoju w czystej formie, trzymająca w napięciu historia, która zaskakuje tam gdzie, jak się wydawało, zaskoczyć nie może. A do tego cichy pojedynek, aktorski i nie tylko między Holoubkiem a Fronczewskim.
Udało mi się też nadrobić (choć trochę) zaległości z ostatniego roku. Włoski, słodko - gorzki "Mój brat jest jedynakiem" z urzekającą muzyką, mrożący krew w żyłach i odwracający zupełnie konwencję horror z (naprawdę zimnej) Szwecji - "Pozwól mi wejść", francuska "Klasa" - zwycięzca z Cannes 2008 i przepiękny dokument, który ogląda się niczym najlepsze kino akcji - "Człowiek na Linie". A dodatkowo masa mniej doskonałych filmów, które można obejrzeć, acz nie trzeba. Pełnego spisu razem z opisami szukać należy na stronie LAF-u.
Poza tym parę zaskakujących odkryć, jak "Dworzec dla dwojga" - tak jak nie lubię rosyjskiego kina, tak zachwyciłem się tym filmem, a także porażki - przede wszystkim "It might get loud". Dokument, który miał swoją polską premierę podczas Dwóch Brzegów w Kazimierzu, o pretensjonalnie przetłumaczonym tytule na "Będzie głośno" przede wszystkim rozczarowuje. W zamyśle miała to być historia elektrycznej gitary z punktu widzenia Jimmiego Page'a, Edge'a i Jack'a White'a, a także zapewne "fascynujący zapis spotkania tych trzech gigantów gitary" (choć ja tam Edge'a nie lubię). Ale ktoś tu robi z igły widły - efektem prac pana Guggenheima jest skrócona historia trzech wyżej wymienionych panów i tego, jak każdy z nich został muzykiem. Można z tego było zrobić 3 porządne dokumenty, zamiast jednego skrótowego. Sam pomysł spotkania trzech świetnych gitarzystów zupełnie nie wypalił. Widać że panowie rozmawiają dość kurtuazyjnie. Jedynego prawdziwego zaciekawienia i fascynacji dopatrzyłem się, kiedy Jimmy Page grał "Whole Lotta Love", ale chyba każdy by spokorniał widząc to na żywo, nie tylko White i Edge. Kto ma ochotę poznać trochę historii i posłuchać utworów, które wszyscy znamy i lubimy - proszę bardzo, ale prawdziwi fani będą zawiedzeni.

Jak już mówiłem, do kina III rzeszy jeszcze powrócę w innym poście. Powód tego jest dość prosty - premiera nowego Tarantino "Inglorious Basterds" aż się prosi o nawiązanie do tego zapomnianego epizodu w historii kina niemieckiego. Poza tym pozostaje czekać aż moja blogowa koleżanka Pus również uzewnętrzni przed nami swe odczucia dotyczące 10 edycji Letniej Akademii Filmowej.

PS. Taki mały komiksowy bonus tylko dla dorosłych. Rewolucja seksualna panoszył się swobodnie również i pośród kolorowych obrazków, czego chyba najbardziej znanym przykładem była Barbarella. Jeśli dodamy to tego bardzo daleko posuniętą tolerancję - otrzymamy coś po trosze dziwnego, po trosze intrygującego - komiks pornograficzny o kalekach, dla kalek pt. "Amputee love". Asekuracyjnie podkreślę, że wrzucam to nie jako zabawny żart, ale jako ciekawostkę tzw. "Kulturoznawczą".

PS do PS - kręcą nową wersję Barbarelli - początkowo reżyserem miał być Rodriguez, teraz Robert Luketic, a co do wykonawczyni roli głównej, to jedyne co wiadomo to pogłoski. Zobaczymy, zobaczymy, ale Jane Fonda'e trudno będzie zdetronizować.
Janusz

sobota, 22 sierpnia 2009

ENH #2 czyli niezbyt wydumane kino australijskie

Ja osobiście brzydzę się technikami pokroju found footage i staję w płomieniach w momencie, kiedy ktoś mnie zmusi do obejrzenia tego. Co innego poliwizja - toż to miód na nasze i tak już rozdwojone życiem współczesnym oczy. A "Timecode" gotowym wynieść na ołtarze. Nie jest sztampowym filmem, który gdzieś tam jedzie z punktu A i punktu B i nigdy z toru nie zbacza. Urocze niczym uroczysko jest to, że nie opowiada praktycznie o niczym. Ot oglądamy zwykły dzień z paru stron jednocześnie, z perspektywy paru różnych osób. Nic nie jest proste, nic nie jest przewidywalne, a co najważniejsze - nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. Poświęcając się jednej historii cały czas zdajemy sobie sprawę z istnienia pozostałych, wszystko pozostaje w polu widzenia i wiemy, że reżyser nie próbuje nas w żadnym stopniu zmanipulować oszukańczymi chwytami montażowymi.
Figgis stworzył dzieło z pewnością wyjątkowe, ale chyba jednorazowe. Obawiam się, że powtórzenie takiego założenia w innym filmie mogłoby, albo uczynić historię niezrozumiałą, albo narazić się na wtórność. Szkoda też, że został dopuszczony do sprzedaży jako skończone i zamknięte dzieło - cztery równocześnie dziejące się obrazy z oddzielnymi ścieżkami dźwiękowymi dawałyby przecież przeogromne możliwości interakcji z odbiorcą. Multimedialność z rozmachem i przytupem. A wyszło trochę jak zawsze.

Jedną z kolejnych retrospektyw został uhonorowany Piotr Dumała. Cierpliwy, wytrwały, acz spokojnie "robiący swoje" twórca, który siedzi w pracowni gdzieś na jakimś warszawskim podwórku i dłubie w gipsie kolejne filmy. Posługuje się przy tym metodą pomysłu własnego. Otóż na pomalowanej płytce gipsowej rylcem wyskrobuje obrazek, potem trochę zamalowuje, przerabia i tak klatka po klatce tworzy małe arcydzieła.
Animacje Dumały na Erze zostały podzielone na dwa zestawy, a premierowo prezentowano ostatni jego film - pełnometrażowy, fabularny "Las". Tego obejrzeć niestety mi się nie udało - organizator takich kolejek chyba nie przewidział i projekcje zaplanował w najmniejszej sali. Podobno warto było iść, podobno bardzo warto. Za to oba zestawy animacji, w trudnych co prawda warunkach teatru lalek, ale obejrzeć się udało. I cóż? Twórca to zapewne wielki i wszechstronny, ale jego konik, czyli proza Kafki i Dostojewskiego, są w jego wykonaniu lekko przyciężkie. Animacja gipsowych płytek, mimo że jest bardzo nastrojowa i poetyczna, pozostawia wiele do życzenia. Pod wrażeniem trzeba jednak być iście benedyktyńskiej cierpliwości Dumały. Znacznie przychylniejszy byłbym do jego dzieł ińszych - fenomenalnej "Lykantropii" z początków jego działalności animatora, intrygującej "Wolności nogi", czy zabawnych krótkich metraży. Jak na kogoś, kto zaczytuje się w "Zbrodni i Karze" ma świetne poczucie czarnego humoru - "Czarny Kapturek" i "Nerwowe życie kosmosu" pokazują to wyśmienicie. Jako bonus (bo to wszystko można i tak obejrzeć na youtubie) dorzucono wszystkie jego blackouty, przerywniki, reklamy, oraz filmy, gdzie występował jako aktor.

Cóż jednak miał ze sobą począć namiętny fan filmu, kiedy obejrzał już masę filmów przez cały dzień i chciał czymś imponującym zwieńczyć wieczór? Albo wybierał się na jeszcze jeden film (i przypuszczalnie umierał, trafiwszy na jakiś artystyczny gniot), albo udawał się do klubu festiwalowego. Tam spędzał szczęśliwie czas słuchając wykonawców dobranych bardzo starannie i z naciskiem, aby byli tak offowi, że aż mało znani. Powinszować należy panu Kostasowi Georgakopulosowi promowania niszowych, acz wartościowych muzyków. Z wielkimi oczekiwaniami wybrałem się na Venetian Snares, który jednak nie powalił mnie, a następnego dnia przysłowiową łyżką dzięgciu w tej baryłce miodu był set pana Deadbeat'a, który był tak żenujący, że aż mnie szkliwo boli, jak sobie o tym przypomnę. Dlatego darowałem sobie koncerty i niczym Tony Blair wybrałem między kapitalizmem i socjalizmem trzecią drogę, mianowicie pokazy z serii "Nocne szaleństwo" w kinie Warszawa.
Co dnia parę minut przed 22'gą hol w kinie Warszawa wypełniał się widzami żadnymi kina spod znaku "ozploitation", czyli reprezentacji Nowe Fali Kina Australijskiego lat 70 i 80'tych. Po wyśmienitych prelekcjach, wśród syku otwieranych piw i rozochoconej publiczności zaczynały się filmy, które oglądane z przymrużeniem oka dostarczały iście ogromnej ilości relaksującej rozrywki. Bo naprawdę trudno byłoby brać na poważnie thriller ekologiczny o skłóconej parze, którą atakują zwierzęta podczas wypadu nad morze, czy postapokaliptyczny film akcji, gdzie główny bohater zostaje uwięziony w kinie samochodowym. Co ciekawe, najsłabiej w tym zestawieniu wypadały "Przygody Barry'ego McKenzie", które z definicji były komedią. Nikomu nie przypadły do gustu żarty ze stereotypów, którymi na zmianę raczyli siebie australijczycy i brytyjczycy. Nijak to się nie umywało do "Patricka" - dramatycznej, trzymającej w napięciu, mrocznej opowieści o sparaliżowany chłopaku, który rozwinął nad wyraz 6 zmysł i użyje go do terroryzowania pielęgniarek szpitala, w którym się znajduje. I nie tylko. Polecam dla zainteresowanych, skąd Tarantino wziął pomysł, żeby Uma Thurman w "Kill Billu" leżała w śpiączce z otwartymi oczami i pluła. Moim osobistym faworytem była jednak "Niebezpieczna Gra" - bardzo płynna opowieść o tirowcu, który jadąc przez australijskie bezdroża rozmawia ze swoim psem dingo, przygrywa Bacha na harmonijce, bierze autostopowiczki i wplątuje się w morderstwo. Niebanalne, zabawne i klimatyczne.

Na koniec czuję się zobowiązany dodać mały bonus, też poliwizyjny, a przede wszystkim polifoniczny - taki youtube'owe DIY - i ty możesz dyrygować.

Janusz

piątek, 21 sierpnia 2009

Jeśli spotkasz swojego sobowtóra, zabij go.

Ostatnio zewsząd słychać głosy, że technika found footage (bierzemy nakręcone już wcześniej i przez kogoś innego materiały audiowizualne, opcjonalnie dokręcamy do tego małe co nieco, wszystko razem montujemy i uzyskujemy w pełni autonomiczne dzieło) wraca do łask i zaczyna wzbudzać zainteresowania zarówno wśród twórców jak i teoretyków. Ciekawa jestem rozwoju akcji, w końcu Wiertow geniuszem był. Na ENH udało mi się obejrzeć dwa pełnometrażowe found footage. Pierwszy z nich startujący w konkursie "Mock up on Mu" to film - kolaż złożony z niemal w całości z krótkich fragmentów filmów science fiction. Craig Baldwin amerykański artysta, performer nieźle nagimnastykował się wybierając fragmenty z 50letniego odcinka historii gatunku. Dla mnie, lamusa w tej materii całość okazała się nad wyraz niestrawna już po kilku minutach projekcji. Przy tak poszatkowanym materiale, nawet nachalny słowotok próbujący z całych sił podtrzymać narrację nie niesie wrażenia spójności. Jeśli kiedykolwiek zdecyduję się na podobne harakiri, to wcześniej sprawdzę metraż, bo rzeczone trwało 2godziny.



Kontynuując wątek śmierci i wracając do tytułu posta przejdę do filmu "Dubel" w reżyserii Johana Grimonpreza. Ten film to kolejny z foound footagowych eksperymentów, tym razem zdecydowanie bardziej udany. Choć główną inspiracją dla filmu było opowiadanie Thomasa McCarthy’ego o spotkaniu Alfredza Hitchcocka z tegóż sobowtórem, Dubel w pełnej krasie jest tak szkatułkowy jak największa matrioszka świata.
Motyw podwójności, dublerów, duplikatów i par zostaje świetnie zobrazowany wspomnianą już wcześniej found footage’ową techniką montażu. Reżyser Dubla wykorzystał jako surowiec różnorodne źródła, od kinowej wersji Ptaków, przez kroniki telewizyjne prowadzone przez Alfreda w TV, wiadomości i reklamy z czasów zimnej wojny, materiały z castingu na sobowtóra Hitchcoka. Grimonperez zręcznie manewruje materiałem, choćby poprzez dodanie odpowiedniej muzyki i precyzyjne zestawianie scen tworzy atmosferę niepokoju charakterystyczną dla mistrza Alfreda. Opowiadaniu przyświeca świadomość, iż spotkanie z tym innym, istniejącym gdzieś w naszym sobowtórem, może okazać się miażdżącym, z walki zwycięsko wyjdzie bowiem tylko jeden. W Dublu Hitchcocki pączkują niczym drożdże, jest Alfred Alfred, Alfred prezenter swojego show, kilku sobowtórów Alfreda i wszechobecny głos Alfreda atakujący z odbiornika telewizyjnego, z planu zdjęciowego i wreszcie z offu. Alfred zajmuje film jak swego czasu Gremliny zajęły miasto, nie wiadomo jednak do końca kim jest Alfred i czy aby na pewno jest on Alfredem:) W tym momencie nasuwa się popularna dyskusja o oryginale i kopii, dziele i reprodukcji. Wróćmy jednak do Dubla, zaskakującym rozwiązaniem jest wprowadzenie jako kolejnej osi zapalnej (kolejnej po Alfredzie:)motywu zimnej wojny, czasów kiedy odbiorniki telewizyjne zaczęły upowszechniać się na tyle, że po raz pierwszy można było zastanowić się nad manipulacją medialną, stosunkiem przekazu medialnego do rzeczywistości. Do ilu telewizorów musielibyśmy wejść po kolei by odczarować obraz Hitchcocka i zobaczyć jego samego miast ikony? Czy ZSRR i USA to nie duble tego samego mocarstwa? Grimonperez nie pozostawia materiałów bezwolnie, bazując na naszych mechanizmach percepcyjnych wytwarza klimat napięcia. Pokazując kilkanaście wersji uroczej reklamy kawy, można wywołać u widza oczekiwanie na eksplozję. Reżyser Dubla jest nie tylko świadomy tego faktu, ale też bardzo zdolny. Podsumowując : jeszcze nigdy pasożytnictwo nie było tak atrakcyjne.

Jakieś 100 lat temu wspomniałam o sekcji Trzecie Oko i zdałoby się o niej napomknąć. Choć nazwa cyklu nieść może różne konotacje, chciałabym od razu uściślić, że organizatorom ENH kojarzy się ona z brataniem filmu i tak zwanych sztuk audiowizualnych. W ramach pokazów zobaczyć można było choćby Demokracje Żmijewskiego, kilka filmów Kozyry czy wreszcie (największe nieodżałowanie) „Gdzie jest gdzie” Eiji-Liisy Ahtilli. Festiwale są wszakże sztuką trudnych wyborów. Napisać muszę o retrospektywie filmów Reynolda Reynoldsa, która wybrałam dość spontanicznie, a zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Okazało się, że twórca pochodzący z Alaski gotuje tak jak lubię, balansując miedzy gramatyką kinową, a „audiowizualną” stosuje zabiegi z którymi przeciętny widz jest oswojony, po to by za moment poddać je dekonstrukcji. NO EXIT głosi tytuł pokazu. W sytuacji bez wyjścia nie ma wytchnienia, napięcie emocjonalne nie słabnie. U Reynoldsa wszechobecna jest groza, choć bohaterowie pozostawieni sami sobie zdają się być pogodzeni z losem. W poetyckim i zwiewnym „Burn” płomienie trawią apatycznych mieszkańców domu, nie przeszkadzając im bynajmniej w zajęciach dnia codziennego. W "Niewidocznym życiu" kobieta uwięzioną w mieszkaniu ożywia chaosem swych myśli przyrodę, w efekcie wnętrze bohaterki i jej otoczenie zlewają się w całość, by ekspansywnym rozkwitaniem i wyrastaniem pochłaniać wolną przestrzeń. Jest jeszcze „Sześć mieszkań”, w którym na płaszczyznach dwóch ekranów z przeróżnych perspektyw obserwujemy statyczne życie ich mieszkańców. Tylko konsumpcja i rozkład mogą być tu świadectwem upływu czasu. W najdłuższym z zaprezentowanych „Sugar”, rządzi logika makabrycznego snu, następujące po sobie epizody prowadzą bohaterkę o niezapomnianym licku do znalezienia własnego trupa w lodówce. W gruncie rzeczy to wszystko co napisałam jest nieważne, każdemu bowiem życzę takiej ekstazy wizualnej, jaką zaserwował mi Reynolds swoimi kadrami.


CDN
Pus

czwartek, 20 sierpnia 2009

Do filmu!

Chwilowo młodzieżowe wojaże przycichły i choć emocje nie opadły równie spektakularnie jak po wielkiej bitwie kurz, zdałoby się podtrzymywać pozory blogowatości bloga. Janusz rozpoczął od Guya Maddina na ENH, nie wypada mi się powtarzać po próżnicy, dam tylko pokrótce upust swym odczuciom, bo miło jest pisać w entuzjastycznym tonie. Jest coś magnetyzującego zarówno w szaleńczym spojrzeniu Kanadyjczyka, jak i patykiem pisanym, zadziornie niechlujnym, a przy tym przestylizowanym i pełnym rozmachu stylu reżysera. Maddin w swych filmach bazując na estetyce znanej z kina lat 20, 30 konstruuje zupełnie nowy świat. To rzeczywistość? pełna szalonych wizji, nie podporządkowana logice prawdopodobieństwa, wypełniona bohaterami cierpiącymi na amnezję, oniryzmem poschulztowskim i tym co spychane w nieświadomość, bo nazbyt lepkie. To kino nie dające się okiełznać. Filozoficznie ujmując swą strategię Maddin głosi, że „tak jak każda potrawa smakuje mniej lub bardziej jak kurczak, tak każda opowieść jest w większym lub mniejszym stopniu melodramatem”. Jego melodramatyczne szafowanie sztucznością czyni autentycznym. Oglądanie dorobku Maddina może być rozkoszną zabawą, szczególnie jeśli jesteśmy w stanie uwierzyć w zbawienną moc pocierania brzucha chorego martwą mewą. Ja uwierzyłam!

Popychając dalej karawanę i wciąż wspominając o tym co dobre, zwróciłam bym swe pokłony w kierunku dwóch świeżych sekcji, mam tu na myśli Nowe horyzonty języka filmowego, oraz Trzecie Oko. Pierwszy cykl na poły edukacyjny na poły dyskusyjny, na dodatek z obraną misją obserwowania zmian języka filmowego na przestrzeni dziejów. W tym roku mistrzowie ceremonii Jan Topolski i Grzegorz Kurek z wdziękiem i kompetencją wzięli na warsztat kategorię montażu filmowego. Na przykładzie 10 wyselekcjonowanych filmów omawiali konkretne innowacyjne zabiegi w tej dziedzinie takie jak poliwizja, kolaż czy montaż asocjacji.(O dziwo panowie uznali, za zbędne rozkminianie statusu ontologicznego dzieła filmowego po wprowadzeniu samej kategorii montażu - Wojtek Chyła buziaczki!). Jakkolwiek cykl uważam za bardzo ciekawy pewnie dlatego, że w jego ramach znalazło się kilka interesujących tytułów:)


Prawdziwym festiwalowym wydarzeniem był przyjazd Mike'a Figgisa i pokaz filmu Timecode wraz z muzyką miksowaną na żywo przez samego reżysera. Techniczna strona tego zabiegu, wykonywanego na 9 kanałowej maszynerii, nadal pozostaje dla mnie zagadką. Jakkolwiek Timecode jest filmem niezwykłym, akcja rozgrywa się jednocześnie na 4 autonomicznych wobec siebie ekranach. Dźwięk jest spoiwem łączącym te cztery wizualne ścieżki, to fonia kieruje naszą uwagę na element w danym momencie znaczący. Bohaterowie Timecode zmieniają swoje lokacje, pojawiają się kolejno na różnych kwartach, podobnie jak w Nowej Książce klasycznym poliwizyjnym filmie Rybczyńskiego. W przypadku filmu Figgisa nietuzinkowym zabiegiem jest zachowanie rzeczywistego czasu akcji, w trakcie 1,5 h trwania filmu brak jakichkolwiek cięć montażowych. (Twórca praktycznie argumentował ten zabieg jako wyraz znużenia długotrwałym czasem postprodukcji poprzedniego projektu.) Wszelkie reakcje bohaterów zostają zarejestrowane synchronicznie z 4 dość statycznych kamer. Znając ten szczegół podczas projekcji podziwiać można nie tylko odwagę reżysera, który na taką metodę pracy się zdecydował, ale i sposób w jaki dziewczyna Salmy Hayek podsłuchując jednym uchem wyżej wymienioną tworzy swoją postać zachowując real time. Poliwizja fascynuje pod względem percepcyjnym, można by Timecode oglądać wielokrotnie, kierując strumień koncentracji kolejno na poszczególne ekrany, zmieniając ich konfiguracje, znajdywać coraz to nowe smaczki. Idea dzieła otwartego, pozwalającego widzowi na kilka sposobów powciskać się w formę wydaje mi się być nad wyraz interesującą, w wypadku Timecodu niestety nie byłam jednak w stanie podtrzymać w sobie zainteresowania samym filmem.


Zupełnie innym filmem zrealizowanym również za pomocą montażu polifonicznego są Fragmenty Tracey w reżyserii Bruce'a McDonalda. W tym wypadku było zdecydowanie zarówno mniej chaotycznie jak i mniej statycznie. Powstało już ładnych kilka filmów o problemach społeczno-egzystencjalnych 15 latek (licząc chociażby tylko te z Ellen Page:), ten jednak polecam serdecznie chociażby ze względu na stronę formalną. W przeciwieństwie do Figgisa, Bruce McDonald nie używa równoprawnych, statycznych ekranów, widz nie jest już przysłowiowym stróżem nocnym obserwującym na monitorach obrazy z zamkniętego osiedla. Tutaj poliwizja służy skalowaniu obrazu, rozkładaniu na drobniejsze elementy, pokazywaniu na mniejszych ekranach w bliższym planie wycinków z większego ekranu. We Fragmentach Tracey ekrany zmieniają swoje rozmiary i położenie względem siebie, multiplikują się sprawiając wrażenie obrazu oglądanego przez niesymetryczny kalejdoskop. We Fragmentach Tracey przez cały czasy wiadomo, który z obrazów jest tym dominującym, tak jak wiadomo, że to Tracey jest postacią prymarną dla całej historii. Rozczłonkowanie obrazu odzwierciedla zaś złożoność, schizofreniczną chaotyczność świata dziewczyny. Zachowanie dominacji jednego z ekranów, pozwala reżyserowi na zaburzanie czasoprzestrzeni, zastosowanie odwróconej chronologii i odejście od timecodowego filmowania przywodzącego na myśl kino dokumentalne. Można przypuszczać, że w Przypadkach Tracey poliwizja, podobnie jak u Greenawaya jest w pewnym sensie spełnieniem kubistycznego marzenia, umożliwia bowiem w pełni pokazanie przedmiotu z wielu perspektyw i w wielu wymiarach jednocześnie.

Czkawka z 2002 będąca pełnometrażowym debiutem György Pálfia jest filmem nie poddającym się opisom i kategoryzacji. Choć to film etnograficzny (bowiem nakręcony z udziałem lokalsów w małej węgierskiej wiosce), choć to film pozbawiony dialogów (ich brak zostaje naturalnie zatuszowany), choć część pełnoprawnych bohaterów filmu znaleźć można w atlasie o faunie i florze, Czkawka w jakiś magiczny sposób buduje suspens i wywołuje śmiech. Dzieło Palfia zdawać by się mogło zbiorem ujęć niezdatnych do stworzenia serii o narracyjnej jedności. Jest jednak inaczej, film niezwykle zręcznie zmontowany tworzy logiczną konstrukcję, opartą zarówno na zasadach analogii : kształtów, kolorów, dźwięków, jak i na asocjacji która prowadzi do chronologicznego ustawiania ujęć w łańcuchy pokarmowe! Czkawkę trzeba zobaczyć, by się zachwycić, nie tylko dla wielce estetycznych zdjęć, ale też po to by przekonać się jak bardzo jest to film różny od reszty.Dla zainteresowanych próbka tutaj.
Film będąc eksperymentem formalnym jednocześnie wywołuje w widzu mechanizm napięcia rodem z klasycznej detektywistycznej historii. Na szczęście cały w tym urok Czkawki, by pozostawić warstwę kryminalną na tyle tajemniczą i niedopowiedzianą, że wśród publiczności pojawią się jej rozbieżne rekonstrukcje.
cd wkrótce
Pus

Woodstock? Filmem go! (ENH #1)

Nasz piękny błotnisty festiwal w Kostrzynie nad Odrą jest z pewnością trochę z piekła rodem. Ale tylko trochę, tak tyle: | |. Są również i nie mniej męczące sposoby spędzania wolnego czasu wakacyjnego. Ja z blogową koleżanką proponujemy miesiąc wolontaryzowania się po festiwalach filmowych. Choć jest tego sporo ostatnio, to postawiliśmy na klasyki: Era Nowe Horyzonty i Letnia Akademia Filmowa w Zwierzyńcu. Porównywać nie będę, bo to zupełnie inny rodzaj imprez. Ale podsumować należy. Dlatego też zabieramy się do tego zadania w pełni władz umysłowych i ze świadomością, że nikt nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego co się działo na wyżej wymienionych festiwalach. Ale polecić co nieco można.

Zacznijmy od ENH.
A z repertuaru ENH zacznijmy może od retrospektyw, które wrocławski festiwal przygotowuje bardzo znakomicie - dbając o zgromadzenie całego dorobku danego artysty, a także o to, żeby prelekcja przed każdym seansem, lub spotkanie z reżyserem rozjaśniło nam trochę obraz.
Największym moim odkryciem jest niewątpliwie Guy Maddin, nie nowicjusz na Erze, ale dla mnie zupełna nowość. Kręceniem filmów zajął się zupełnym przypadkiem, co z radością pokazuje w swoich filmach ignorując rygory warsztatowe. Sam mówi, że nauczył się filmowego rzemiosła tylko po to, aby się go oduczyć i kręcić po swojemu. Już od pierwszego swojego dzieła - "Opowieści ze szpitala Gimli" Maddin proponuje formę naśladującą czarno - białe, nieme produkcje. Kręci najczęściej na taśmie 16-to milimetrowej (czasem nawet na 8mm), co zamazuje obraz, pozwala zignorować niedoskonałości scenograficzne i skupia uwagę widza na akcji. Próbkę stylistyki tego reżysera można zaobserwować w tej krótkometrażówce.
Nie dba specjalnie o umiejętności swoich aktorów, o wystrój sceny. Tworzy za to magiczne opowieści, sięgające wyżyn absurdu, tylko po aby przedstawić nam swoją własną historię (bardzo często i bogato upstrzoną wątkami autobiograficznymi), która jest nam bliższa niż to się wydaje na początku.
Guy Maddin jest znany z tego, że uparcie mitologizuje swoje miasto rodzinne - Winnipeg - większość jego filmów dzieje się w tej kanadyjskiej miejscowości, nawet jeśli nie ma to większego sensu. Po prostu Winnipeg musi być.
Osoby, które widziały dzieła tego kanadyjczyka najczęściej wychodziły zachwycone po pierwszym seansie. Na dłuższą metę jednak ta poetyka mogła męczyć i jakoś tak zostawało, że ulubiony był ten film obejrzany na początku. Ja osobiście postawiłbym na "Piętno na umyśle" - niepokojący trochę film o trwałości i wadze wspomnień z dzieciństwa (a do tego okrutne eksperymenty medyczne i nastoletni detektywi), oraz na "Najsmutniejszą muzykę świata". Sam pomysł tego filmu (aby urządzić konkurs na najsmutniejszy utwór świata) jest genialny i bardzo nośny, a do tego przyozdobiony świetnymi aktorkami (Isabella Rossellini w roli baronowej bez nóg, za to z protezami szklanymi wypełnionymi piwem i Maria de Medeiros) oraz przepiękną, czarno-białą poetyką pokazuje w pełni geniusz tego reżysera. Można się kłócić, że na miano geniusza trzeba sobie zasłużyć, ale polecam książkę wydaną właśnie z okazji tej retrospektywy. Maddin sam przeciągnie na swoją stronę niezdecydowanych ogromną spostrzegawczością i zrozumieniem tego, czego zrozumieć zazwyczaj się nie da.

Widzowie ENH dzielili się, jak zaobserwowałem, na tych, którzy tłumnie szturmowali seanse Maddina i na zwolenników Tsai Ming Lianga. Zupełnie odmienna od pulsujących życiem obrazów Maddina stylistyka tajwańskiego reżysera po prostu nie przypadła mi do gustu, więc jego retrospektywę przemilczę.
Jako bonus - teledysk w reżyserii Guya Maddin do utworu It's a Wonderlful life amerykańskiej grupy Sparklehorse.

Janusz

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Poczuj zapach kurzu!

Zastanawiam się cały czas, co mnie skłoniło do kolejnego wypadu na Woodstock. Niedawno wróciłam, z niesamowitą przyjemnością odkręciłam ciepłą wodę, wypiłam gorącą i pachnącą kawę na kanapie. No i doceniłam swoje wygodne łóżko. To już chyba bodajże mój czwarty Woodstock w Kostrzynie nad Odrą. Za każdy razem, będąc tam w tym tumanie kurzu, smrodzie i co by nie mówić rozpuście, krzyczę do siebie, że już nigdy w życiu, że jestem za stara, że nie zniosę takich upodlających warunków. Jednak wracam tam po kilkuletniej przerwie i trochę brakowało mi emocji, jakie towarzyszą temu festiwalowi. Jest to coś wyjątkowego niewątpliwie!


Niech nikt nie będzie w błędzie, że tam chodzi o muzykę, ona jest oczywiście ważna, ale najważniejsze wydarzenia na Woodstocku tworzą uczestnicy. W tym roku ponad 400 tysięcy ludzi, tylko jedna ofiara śmiertelna, dobra organizacja - dla wygodnisiów płatne pole namiotowe i ciepły prysznic. Tylko pamiętajmy to nie elitarny Heineken, tylko survival pod gołym niebem, prawdziwy woodstockowicz nie prostuje włosów, nie nosi białego obuwia i na boga, nie chodzi z parasolką po terenie festiwalu. Po to jest Woodstock, żeby walczyć z cywilizacyjnymi udogodnieniami, przecież to jasne, dlatego jestem lekko zdegustowana bananową młodzieżą, którą spotkałam. Nie zabrakło oczywiście soczystej, prawdziwej woodstockowej ekipy. Brudne, pijane punki, które przyjechały po wielką dolewkę, można też było spotkać niepełnoletnich zbuntowanych równie odurzonych, ale szczęśliwych. Myślę sobie, że teraz na tym festiwalu są chyba wszystkie subkultury. Muzyka jest oczywiście z tych ostrych, szatańskich rejonów, ale bez problemu można było pohasać przy dubstepie czy drum'n'bassie.

Przyznam się, że nie byłam na wielu koncertach, zresztą nigdy nie byłam na więcej niż czterech. Polecam za to Juliette Lewis. Kobieta umięśniona, roznosiła scenę swoim tańcem, jeden kawałek wykonała nawet z Kasią Kowalską, która była wieczorną niespodzianką. Owsiak lubi zaskakiwać. Sobotnia odsłona festiwalu była zdecydowanie sentymentalna. Z okazji 40 rocznicy amerykańskiego Woodstocku zagrała specjalnie orkiestra Mazowieckiego Teatru Muzycznego, głosu udzieliły różne polskie i zagraniczne gwiazdy. Usłyszeć można było Lorę Szafran, Ewelinę Flintę, braci Cugowskich i wielu innych znakomitych artystów. "Little wing" czy "Piece of my heart" na wielkiej scenie robi naprawdę pappararrra. Bardzo dobrze przyjęto również szczeciński zespół Big Fat Mama, który rozbujał publiczność funkowym graniem.

Poza tym to, co zwykle na Woodstocku, Hare Kryszna (polecam nocne sety w ich namiocie), Akademia Sztuk Przepięknych, Wioska Pijacka, pasaż handlowy. Nowością były dla mnie ujednolicone posiłki. Wprowadzili kupony, za które można było kupić coś do jedzenia. Pamiętam do dziś różne budki, stoiska z napisami "zajebista zapiekanka" czy "wykurwista pita". Tak było. Teraz jest grzeczniej zdecydowanie. Zaraz koło głównej sceny stał wielki grzybek, ulubieniec wszystkich podczas upałów, które nie opuszczały nas do wieczora dnia ostatniego. Grzybek, czyli wielki natrysk, z którego leciała zbawienna woda. To słynne błoto. Nie kąpałeś się? Nie jesteś prawdziwym woodstockowiczem, usłyszysz od uczestników. I to najboleśniejsze ze wspomnień festiwalu, toi toi - raczej źle wspomina chyba każdy. Sadzę, że da się to wytrzymać. O dwójce na Woodstocku jednak zapomnij. Jest za mało tych plenerowych toalet, chociaż przyznam, że nie były wcale tak obleśne, jak kiedyś. Czyszczone były dwa razy dziennie. Jeżeli chcesz pocieszyć się życiem to zapraszam do kraników, czyli królestwa ludzi kreatywnych i przeczystych.

Nikt mi nie powie, że ludzie na Woodstocku nie lubią zapachu mydła i piany. Mycie krocza również dopuszczalne, wszyscy sobie pomagają. I o to chodzi. Wszędzie panuje atmosfera szczęścia i niezwykłej radości. Można spierać się, że to przez alkohol i inne używki ludzie są tacy zadowoleni, napełnieni miłością. Ja tak nie uważam, bo znam wielu ludzi, którzy tam jeżdżą, bo ideologicznie bliscy są WOŚP-u. Każdy tam zachwyca swoim przebraniem, nietypowym wyglądem, teatralność pełną gębą. Szukasz teatru? Przyjedź na Woodstock. Performance dzieje się z każdej strony.

Lubię Woodstock, pomimo tego, że nie mogłam momentami oddychać przez ten kurz, pomimo tego, że leciała mi krew z nosa, że latały pszczoły, że znajomi oberwali w pogo i mdleli, że upał powodował frustrację roku. Zrezygnowałam jedynie z podróży pociągiem. Opcja samochód i wspaniali ludzi, którzy nie wymiotują na ciebie jest o wiele lepsza. Uwierzcie mi, że można zatankować za 11 złotych w Brusach, żeby spokojnie dojechać do Gdyni. Naprawdę lubię Woodstock i to bynajmniej nie z powodu, że Lech był sponsorem.

roo.