czwartek, 27 sierpnia 2009

LAF

Nie dość, że ENH skończyły się wieki temu, to już nawet strony z pamiętnika zapisane wspomnieniami ze Zwierzyńca zdążyły zżółknąć. Dlatego ze wstydem i zażenowaniem (że robię to tak późno) zabieram się do podsumowania 10 edycji (rok dłużej niż Era!) Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu.

Słowem wstępu i przybliżenia sytuacji geopolitycznej:
Jest takie miasto na południowo - wschodnich kresach Polski, zwane Zamościem, którego prezydentem jest, a jakże! - Zamoyski. 30 km od tegoż grodu znajduje się mała, parotysięczna mieścina - Zwierzyniec. Sklepy otwarte do 24, jedno kino, stary browar, który już został wykupiony przez większą firmę i jakieś 3 tysiące dusz, w większości zajmujących się wypożyczaniem turystom kajaków, lub zapewnianiem im wiktu i opierunku.
W tą uroczą część Roztocza zjeżdża się raz do roku towarzystwo z Lublina pod wodzą Piotra Kotowskiego i przekształca wszystkie możliwe sale gimnastyczne, budynki gospodarcze i tereny publiczne w kina. Nie należy więc wymagać wielkoekranowych, klimatyzowanych sal na 300 osób - wszystko jest oczywiście profesjonalne, ale profesjonalne na tyle na ile to możliwe.
Era to nowe horyzonty, czasami zachwycające, czasami nie do zniesienia. LAF z kolei to kino zapomniane, nieznane, mniej znane, niepopularne, czy skreślone, ale na pewno przystępne widzowi. Tak więc w tym roku mieliśmy szereg bloków tematycznych absolutnie wszelakiej prowieniencji. Od szeroko reklamowanego jako "najważniejszy włoski reżyser zaraz za Fellinim" Pupi Avatiego (w którego wielkość bardzo wątpię i znając lepszych włoskich reżyserów, tego pominę milczeniem), przez filmy, których motywem wspólnym były pociągi, złotą kolekcję Sputnika, aż po kino pod okupacją, czyli niemieckie filmy propagandowe czasów III rzeszy (do których jeszcze powrócę). To jednak nie wszystko.
Podczas cyklu "Alchemia Kina" można było spróbować uchwycić istotę kina i to co w nim jest takiego hipnotyzującego oglądając takie klasyki "Cinema paradiso" (jedna z piękniejszych scen końcowych, jakie widziałem), "Purpurowa róża z kairu" (tu przydałaby się jeszcze polska "Ucieczka z kina wolność", ale nie narzekajmy), czy "Osiem i pół" - jeden wielki kinowy żart.
"Stronnicza historia polskiego kina" oferowała przekrój przez to, co powinno być znane, a z różnych powodów nie jest. Od pierwszych czarno - białych, niemych produkcji, aż po koniec PRL-u. Niektóre z tych filmów były swoistymi ciekawostkami, jak np. "Na Sybir" - pierwszy polski film dźwiękowy, ale można było też wyszukać prawdziwe arcydzieła, które z różnych powodów zawieruszyły się gdzieś i zapomniały się. Takim niesłusznie zakurzonym dziełem jest z pewnością (niemy jeszcze) "Policmajster Tagiejew" (na podstawie noweli Gabrieli Zapolskiej) z fenomenalnym Bogusławem Samborskim w roli tytułowej. Specjalizował się on w rolach czarnych charakterów, co świetnie widać w Policmajstrze. Niestety za rolę w antypolskim "Powrocie" ("Heimkreh" -1941 - też pokazywany na LAFie) został przez podziemie skazany na infamię i uciekł do Austrii, gdzie występował pod pseudonimem, żywota dokonał na wygnaniu w Argentynie.
Pośród dziesiątek innych filmów zgromadzonych w tym cyklu (które są teraz na liście "do obejrzenia"), pośród dzieł Kutza, Hasa, Wajdy, Żuławskiego wybrałem, przypadkiem trochę, "Pokój z widokiem na morze" Janusza Zaorskiego. Kino Moralnego Niepokoju w czystej formie, trzymająca w napięciu historia, która zaskakuje tam gdzie, jak się wydawało, zaskoczyć nie może. A do tego cichy pojedynek, aktorski i nie tylko między Holoubkiem a Fronczewskim.
Udało mi się też nadrobić (choć trochę) zaległości z ostatniego roku. Włoski, słodko - gorzki "Mój brat jest jedynakiem" z urzekającą muzyką, mrożący krew w żyłach i odwracający zupełnie konwencję horror z (naprawdę zimnej) Szwecji - "Pozwól mi wejść", francuska "Klasa" - zwycięzca z Cannes 2008 i przepiękny dokument, który ogląda się niczym najlepsze kino akcji - "Człowiek na Linie". A dodatkowo masa mniej doskonałych filmów, które można obejrzeć, acz nie trzeba. Pełnego spisu razem z opisami szukać należy na stronie LAF-u.
Poza tym parę zaskakujących odkryć, jak "Dworzec dla dwojga" - tak jak nie lubię rosyjskiego kina, tak zachwyciłem się tym filmem, a także porażki - przede wszystkim "It might get loud". Dokument, który miał swoją polską premierę podczas Dwóch Brzegów w Kazimierzu, o pretensjonalnie przetłumaczonym tytule na "Będzie głośno" przede wszystkim rozczarowuje. W zamyśle miała to być historia elektrycznej gitary z punktu widzenia Jimmiego Page'a, Edge'a i Jack'a White'a, a także zapewne "fascynujący zapis spotkania tych trzech gigantów gitary" (choć ja tam Edge'a nie lubię). Ale ktoś tu robi z igły widły - efektem prac pana Guggenheima jest skrócona historia trzech wyżej wymienionych panów i tego, jak każdy z nich został muzykiem. Można z tego było zrobić 3 porządne dokumenty, zamiast jednego skrótowego. Sam pomysł spotkania trzech świetnych gitarzystów zupełnie nie wypalił. Widać że panowie rozmawiają dość kurtuazyjnie. Jedynego prawdziwego zaciekawienia i fascynacji dopatrzyłem się, kiedy Jimmy Page grał "Whole Lotta Love", ale chyba każdy by spokorniał widząc to na żywo, nie tylko White i Edge. Kto ma ochotę poznać trochę historii i posłuchać utworów, które wszyscy znamy i lubimy - proszę bardzo, ale prawdziwi fani będą zawiedzeni.

Jak już mówiłem, do kina III rzeszy jeszcze powrócę w innym poście. Powód tego jest dość prosty - premiera nowego Tarantino "Inglorious Basterds" aż się prosi o nawiązanie do tego zapomnianego epizodu w historii kina niemieckiego. Poza tym pozostaje czekać aż moja blogowa koleżanka Pus również uzewnętrzni przed nami swe odczucia dotyczące 10 edycji Letniej Akademii Filmowej.

PS. Taki mały komiksowy bonus tylko dla dorosłych. Rewolucja seksualna panoszył się swobodnie również i pośród kolorowych obrazków, czego chyba najbardziej znanym przykładem była Barbarella. Jeśli dodamy to tego bardzo daleko posuniętą tolerancję - otrzymamy coś po trosze dziwnego, po trosze intrygującego - komiks pornograficzny o kalekach, dla kalek pt. "Amputee love". Asekuracyjnie podkreślę, że wrzucam to nie jako zabawny żart, ale jako ciekawostkę tzw. "Kulturoznawczą".

PS do PS - kręcą nową wersję Barbarelli - początkowo reżyserem miał być Rodriguez, teraz Robert Luketic, a co do wykonawczyni roli głównej, to jedyne co wiadomo to pogłoski. Zobaczymy, zobaczymy, ale Jane Fonda'e trudno będzie zdetronizować.
Janusz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz