Zastanawiam się cały czas, co mnie skłoniło do kolejnego wypadu na Woodstock. Niedawno wróciłam, z niesamowitą przyjemnością odkręciłam ciepłą wodę, wypiłam gorącą i pachnącą kawę na kanapie. No i doceniłam swoje wygodne łóżko. To już chyba bodajże mój czwarty Woodstock w Kostrzynie nad Odrą. Za każdy razem, będąc tam w tym tumanie kurzu, smrodzie i co by nie mówić rozpuście, krzyczę do siebie, że już nigdy w życiu, że jestem za stara, że nie zniosę takich upodlających warunków. Jednak wracam tam po kilkuletniej przerwie i trochę brakowało mi emocji, jakie towarzyszą temu festiwalowi. Jest to coś wyjątkowego niewątpliwie!
Niech nikt nie będzie w błędzie, że tam chodzi o muzykę, ona jest oczywiście ważna, ale najważniejsze wydarzenia na Woodstocku tworzą uczestnicy. W tym roku ponad 400 tysięcy ludzi, tylko jedna ofiara śmiertelna, dobra organizacja - dla wygodnisiów płatne pole namiotowe i ciepły prysznic. Tylko pamiętajmy to nie elitarny Heineken, tylko survival pod gołym niebem, prawdziwy woodstockowicz nie prostuje włosów, nie nosi białego obuwia i na boga, nie chodzi z parasolką po terenie festiwalu. Po to jest Woodstock, żeby walczyć z cywilizacyjnymi udogodnieniami, przecież to jasne, dlatego jestem lekko zdegustowana bananową młodzieżą, którą spotkałam. Nie zabrakło oczywiście soczystej, prawdziwej woodstockowej ekipy. Brudne, pijane punki, które przyjechały po wielką dolewkę, można też było spotkać niepełnoletnich zbuntowanych równie odurzonych, ale szczęśliwych. Myślę sobie, że teraz na tym festiwalu są chyba wszystkie subkultury. Muzyka jest oczywiście z tych ostrych, szatańskich rejonów, ale bez problemu można było pohasać przy dubstepie czy drum'n'bassie.
Przyznam się, że nie byłam na wielu koncertach, zresztą nigdy nie byłam na więcej niż czterech. Polecam za to Juliette Lewis. Kobieta umięśniona, roznosiła scenę swoim tańcem, jeden kawałek wykonała nawet z Kasią Kowalską, która była wieczorną niespodzianką. Owsiak lubi zaskakiwać. Sobotnia odsłona festiwalu była zdecydowanie sentymentalna. Z okazji 40 rocznicy amerykańskiego Woodstocku zagrała specjalnie orkiestra Mazowieckiego Teatru Muzycznego, głosu udzieliły różne polskie i zagraniczne gwiazdy. Usłyszeć można było Lorę Szafran, Ewelinę Flintę, braci Cugowskich i wielu innych znakomitych artystów. "Little wing" czy "Piece of my heart" na wielkiej scenie robi naprawdę pappararrra. Bardzo dobrze przyjęto również szczeciński zespół Big Fat Mama, który rozbujał publiczność funkowym graniem.
Poza tym to, co zwykle na Woodstocku, Hare Kryszna (polecam nocne sety w ich namiocie), Akademia Sztuk Przepięknych, Wioska Pijacka, pasaż handlowy. Nowością były dla mnie ujednolicone posiłki. Wprowadzili kupony, za które można było kupić coś do jedzenia. Pamiętam do dziś różne budki, stoiska z napisami "zajebista zapiekanka" czy "wykurwista pita". Tak było. Teraz jest grzeczniej zdecydowanie. Zaraz koło głównej sceny stał wielki grzybek, ulubieniec wszystkich podczas upałów, które nie opuszczały nas do wieczora dnia ostatniego. Grzybek, czyli wielki natrysk, z którego leciała zbawienna woda. To słynne błoto. Nie kąpałeś się? Nie jesteś prawdziwym woodstockowiczem, usłyszysz od uczestników. I to najboleśniejsze ze wspomnień festiwalu, toi toi - raczej źle wspomina chyba każdy. Sadzę, że da się to wytrzymać. O dwójce na Woodstocku jednak zapomnij. Jest za mało tych plenerowych toalet, chociaż przyznam, że nie były wcale tak obleśne, jak kiedyś. Czyszczone były dwa razy dziennie. Jeżeli chcesz pocieszyć się życiem to zapraszam do kraników, czyli królestwa ludzi kreatywnych i przeczystych.
Nikt mi nie powie, że ludzie na Woodstocku nie lubią zapachu mydła i piany. Mycie krocza również dopuszczalne, wszyscy sobie pomagają. I o to chodzi. Wszędzie panuje atmosfera szczęścia i niezwykłej radości. Można spierać się, że to przez alkohol i inne używki ludzie są tacy zadowoleni, napełnieni miłością. Ja tak nie uważam, bo znam wielu ludzi, którzy tam jeżdżą, bo ideologicznie bliscy są WOŚP-u. Każdy tam zachwyca swoim przebraniem, nietypowym wyglądem, teatralność pełną gębą. Szukasz teatru? Przyjedź na Woodstock. Performance dzieje się z każdej strony.
Lubię Woodstock, pomimo tego, że nie mogłam momentami oddychać przez ten kurz, pomimo tego, że leciała mi krew z nosa, że latały pszczoły, że znajomi oberwali w pogo i mdleli, że upał powodował frustrację roku. Zrezygnowałam jedynie z podróży pociągiem. Opcja samochód i wspaniali ludzi, którzy nie wymiotują na ciebie jest o wiele lepsza. Uwierzcie mi, że można zatankować za 11 złotych w Brusach, żeby spokojnie dojechać do Gdyni. Naprawdę lubię Woodstock i to bynajmniej nie z powodu, że Lech był sponsorem.
roo.
poniedziałek, 3 sierpnia 2009
Poczuj zapach kurzu!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz