środa, 9 września 2009

Remanenty daleko za Horyzontem.

Miesięczne opóźnienie może niekorzystnie wpływać na świeżość każdej sztuki mięsa. Ja podejmę jednak ryzyko i cofnę się jeszcze do ENH anno domini 2009. Nim spłoną żółte kalendarze i zabrzmi nie znające litości „robaczek w swej dziurce jak docent za biurkiem” wypadałoby napisać o najnowszych dokonaniach twórców znanych i lubianych, które to w najbliższym czasie wejdą do dystrybucji.Zacznijmy od premiery oczekiwanej najgłośniej. Mowa tu o nowym dziele Pedro Almodóvara o jakże zręcznie brzmiącym polskim tytule Przerwane objęcia

Film nie wymaga większej reklamy, wszak multipleksy kraju już zostały przyozdobione licem Penelopy, a Almodóvar od dawien dawna funkcjonuje jak marka. Tym razem Hiszpan opowiada nam zawiłą historię miłosnego trójkąta pomiędzy reżyserem, aktorką i producentem milionerem. Intryga na miarę telenoweli, napięcie rodem z filmu noir, chronologiczne przeskoki, nawiązania do arcydzieł kinematografii – to wszystko sprawia, że film ogląda się bardzo przyjemnie. Pedro ogłosił „Przerwane Objęcia” deklaracją miłości do kina. Widocznie darzy on równie wyjątkowym uczuciem Penelopę Cruz, robi bowiem wszystko, by ta z filmu na film wyglądała coraz bardziej zachwycająco.

Irytuje mnie procedura określania stopnia almodorovatości w almodovarze wraz z każdym projektem Hiszpana, jednak w przypadku tego filmu to właśnie element filmowego autotematyzmu – charakterystyczny dla stylistyki Almodo podobał mi się najbardziej. Dyfuzję pomiędzy filmem, a filmem w filmie Hiszpan opracował już do perfekcji. Motyw filmu wpada w Objęcia na samym początku ze względu na profesje bohaterów. Podwójne tożsamości i odgrywane role zaczynają wyznaczać równoległą oś opowiadania. Kluczowe znaczenie dla rozwiązania akcji ma symboliczna ingerencja w Mateo/Harrego w jego dzieło sprzed lat.

Choć w mej opinii nowy Almodóvar jest miły, są tacy u których nie wywołuje rumieńców. Z pewnością na tle Przerwanych objęć prze blado wygląda nowe potomstwo Wima Wendersa. Nie da się bronić filmu dedykowanego Antonioniemu i Bergmanowi tylko na podstawie zgrabnie dobranej tracklisty. Wenders przeszarżował i wielu już rozpisało się na temat pretensjonalności Spotkania w Palermo (tutaj polecam szczególnie). Jeśli jednak jesteś fanem Die Toten Hosen i uważasz, że personifikacja śmierci ukazująca się bohaterowi powinna mieć twarzy zmarłego członka jego rodziny, sprawdź to koniecznie! Ja cierpiałam katusze i dygoty i zadręczałam się myślami o tym gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Berlin, gdzie Lizbona, gdzie Paryż, gdzie Texas. Metafizyka to jedyne czego nie trzeba szukać w Spotkaniu w Palermo. Metafizyka po kostki, żeby można było w niej bez celu pobrodzić.

Filmem – rewelacją, którego premiery warto wyczekiwać jest tegoroczny laureat Złotej Palmy „Biała Wstążka” Michaela Hanekego. Biała Wstążka to kino surowe, o czarno białych pieczołowicie wymuskanych zdjęciach, powolnym tempie, świetnie dogranej ścieżce dźwiękowej. 154 minuty na jednym wdechu, w klimacie pełnym napięcia choć pozbawionym fajerwerków. Film intensywnie angażuje widza i robi piorunujące wrażenie nie tylko przez względy formalne ale przede wszystkim poprzez uniwersalny wymiar historii.
Akcja filmu toczy się w niemieckiej wsi tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Haneke kreśli portrety mieszkańców pokazując życie codzienne tradycyjnej patriarchalnej społeczności. Gdzieś pośród obowiązków, w uświęcony cykl roku wkradają się niepokojące zdarzenia, kryjące za sobą tajemnicę. Czas akcji konotuje interpretacje, jakoby Haneke badał u źródeł narodziny faszyzmu. Jakkolwiek można zarzucać takiemu odczytaniu zbytnie upraszczanie, Biała wstążka to przede dobrze opowiedziana historia, oglądając ją równie dobrze można abstrahować od kontekstów i rozpatrywać w skali mikro. Fabuła choć (dzięki wprowadzeniu narratora) obserwowana z dystansu czasowego, wciąga widza w spójny, pełen żywych emocji świat bohaterów. Wszystko co najważniejsze nie zostaje dopowiedziane,bo biała wstążka nie musi być wcale gwarancją niewinności.

Swoim nowym filmem zaskoczył publiczności Francois Ozon. O Rickym można było przeczytać, że to wynik spotkania reżysera z twórcami Amelii. Realizm magiczny to kolejna z rzędu szufladka w której Ozon próbuje swoich sił i dobrze sobie radzi. Zachowując kolejność członów (1. realizm 2. magiczny), w pierwszej części obserwujemy realizm w pełnej krasie. Do połowy nie powstydziłby się Rickiego żaden z braci Dardenne. Samotnie wychowująca dziecko matka pracująca w fabryce, romans z jednym z robotników, ciąża, poród. Jako, że dla drugiej części zarezerwowany został powyżej termin magiczny, tytułowy Ricky jako niemowlę okazuje się dzieckiem - niespodzianką. Historia nabiera lekkości, pół sali kinowej wybucha raz po raz gromkim śmiechem, część jest zdezorientowana poetyką ala neverendingstory. Cokolwiek by sobie Ozon nie wymyślił, daje dowody swej wszechstronności, potrafiąc zręcznie puścić oko w kierunku widza.

Oprócz wyżej wymienionych warto wspomnieć jeszcze o kilku tytułach, których wejście do kin jest planowane. Po pierwsze „Białe szaleństwo” ironiczna, zabawna wariacja na temat „Prostej historii” Lyncha w wersji na skuter śnieżny. Film ze Skandynawskim polotem i świetnymi dialogami. Łakocie i witaminy. PS.Jest tam też niezawodną metoda na osiągnięcie stanu upojenia alkoholowego przy minimalnych nakładach :)

Po drugie „Serafina” kameralna historia oparta na biografii Séraphine Louis - malarki prytmitywistki. Malowanie w jej wydaniu jest przeżywaniem sacrum, wyrazem najpełniejszego zachwytu nad światem. Film skromny i wywołujący permanentny delikatny uśmiech, a przy tym zapełniający luki w edukacji historycznosztucznej.

Wreszcie po trzecie Tlen w reżyserii Ivana Vyrypayeva. Romantyczna historia opowiedziana niezwykle dynamicznie w 10 wideoklipach. Wyrpajew drugi po Euforii film kręci na podstawie własnej sztuki teatralnej. Sasza spotyka Sańkę, ta rudowłosą piękność, uzależniający czysty tlen, sprawia, że jest w stanie zerwać z dotychczasowym życiem. Formalnie nowatorska symfonia wielkiego miasta, kwintesencja kultury MTV, rewelacyjna Karolina Gruszka x2.
Tlen udowadnia, że o prostych i starych jak świat motywach takich jak miłość, zbrodnia, nienawiść, da się mówić w zaskakująco świeży sposób. Piękne zdjęcia pozwalają przymknąć oko na momenty, w których reżyser zaczyna stąpać po niepewnym gruncie i miesza w miłosną historię przyciężkie motywy Dżihad vs McŚwiat. Pomimo całej niesympatii jaką reżyserowi udało się wzbudzić na spotkaniu poprojekcyjnym nagroda w konkursie nowohoryzontowym w pełni zasłużona.Polecam popatrzeć
Pus
PS. Na szczęście już o ENH ciągu dalszego nie będzie:)

piątek, 4 września 2009

Get off

Tym razem prezentujemy wpis gościnny - przed państwem Joanna W. o Off Festivalu:

Wszystkim poszukującym tego co najświeższe i najciekawsze na scenie muzycznej polecam udanie się do Słupna Parku w Mysłowicach. Tam po raz czwarty odbył się OFF - największy festiwal muzyki alternatywnej - w tym roku dłuższy i jeszcze bardziej międzynarodowy". Przyjemne wrażenie sprawiał doglądający swej zagrody dyrektor artystyczny festiwalu. To, że nie celuje się tu w gwiazdy z pierwszych stron gazet ani w ilość uczestników, ale bardziej dba o atmosferę, tworzy ten festiwal naprawdę sympatycznym.

Specyfiką tego wydarzenia jest przede wszystkim przyjemność, jaką sprawia odkrywanie nowych brzmień. Większość z koncertów jest niespodzianką. Kolejny występ znanego zespołu nie daje takiej frajdy jak odkrycie czegoś nowego. A odkryć było wiele. Tak jak wiele było damskich wokali.
Tres.b w zastępstwie Loco Star zafundował miły, melodyjny pop z mnóstwem pozytywnej energii i baniek mydlanych. Biff dużo lepiej sprawdził się na małej Scenie Leśnej w Mysłowicach niż na Scenie Głównej zeszłorocznego Open’era, gdzie zwyczajnie zginął w zbyt dużej przestrzeni. Ekscentryczna Micachu z zespołem the Shapes zgrabnie połączyła elektronikę z tradycyjnymi instrumentami tworząc coś, czego sama nawet nie nazywa. Występowi w leśnej scenerii towarzyszyły świetne wizualizacje.

Gdy na rusztowaniu pojawił się podstarzały klatrus w slipach męskich krzyczących wszystkimi kolorami tęczy wydawało się to niezłym performancem , tym bardziej, że cała sprawa opierała się na czynnym udziale publiczności, wyraźnie chcącej poczuć pot Ami Shaleya na własnej skórze. Warto dodać, że izraelski zespół zupełnie nie traktuje sceny jako miejsca, na którym się gra- oni grają wśród publiczności, są przez nią noszeni na rękach, włażą na rusztowania . To mieszanka zbiorowego szaleństwa połączonego z zaaranżowanym seansem medytacyjnym i całkowitą władzą nad słuchaczami. The Monotonix są katalogowani jako zespół spod znaku garażowego grania i alternatywnego rocka. Mimo tego, że nagrania w studiu brzmią muzycznie dużo lepiej, dla mnie pozostają ciągle pod znakiem garażu i występ zaliczyłabym bardziej do czegoś w rodzaju ciekawego wydarzenia, któremu nie można odmówić mnóstwa energii i zabawy.

Warta przywołania jest poznańska Grupa Kot. Świetny pomysł na wizerunek sceniczny , osobliwe instrumentarium w postaci dwóch magnetofonów kasetowych, melorecytacja Bąkowskiego bez mimiki twarzy za to z nerwową gestykulacją zwiastującą jakąś nieuniknioną apokalipsę. Bąkowski wywodzi się z grupy artystycznej Penerstwo charakteryzującej się silną ekspresją i nawiązującej do określenia, które tylko poznaniak podskórnie wyczuwa, czyli pewnego rodzaju syfiarstwa obyczajowego.
W twórczości Grupy Kot rodzajem używanej ekspresji jest słowo stawiane na równi z dźwiękiem, tworzące spójny komunikat. Panowie nie boją się dotykać kwestii szkolnych - „Mamnaganne” jak i religijnych wyznań - „Jestem księdzem”, wszystko to w atmosferze grozy, pełne przerywanych powtórzeń powodujących narastające napięcie i poczucie, że naganne zachowanie to dopiero dramat. Całe szczęście napięcie jest szybko rozładowywane dodawanym systematycznie przez wokalistę naiwnym -„no”.

Na Miłość długo się czeka. Nie wszystkim udaje się trudna próba cierpliwości. Wśród publiczności dało się słyszeć wykrzykiwane z rozżaleniem : „miłości nie ma!”. Małe opóźnienie dało się rzecz jasna wybaczyć komuś takiemu jak Leszek M. Jemu wybaczę nawet niekorzystną zmianę fryzury. Nie ukrywam natomiast, że mam wielkie pretensje do organizatorów, że koncert został umieszczony na szarym końcu. Doprowadziło to do braku przytomności, która w jazzie (a raczej przy tej okazji - yassie) jest niezbędna. Grupa Miłość, specjalnie reaktywowana na tą okazję, tak czy inaczej zafundowała nam prawdziwą dźwiękowa ucztę na koniec dnia.

Program został ułożony tak, by ułatwić przemieszczanie się i zobaczenie możliwie jak największej liczby zespołów, jednak czasami nie zdawało to egzaminu. Podczas luki programowej, koncert odbywał się tylko na scenie Trójka offensywa a jako, że było to wieczorową porą, wiało chłodem i większość festiwalowiczów czekała na the National - tłumy waliły do namiotu. Skończyło się potwornym ściskiem ale i wspólnym radosnym przytupem. Deski namiotu nie wytrzymały takiej dawki entuzjazmu i najzwyczajniej w świecie na znak protestu strzeliły. Organizatorów w swoim imieniu przepraszam.
Wielki plus daję za solidnie przygotowany katalog formatu ciut większego niż kieszonkowy, z opisami i zdjęciami zespołów - znacznie ułatwiał poruszanie się w gęstwinie w większości przeze mnie nieznanych zespołów.
Nie mogę nie odnieść się do warstwy gastronomicznej,jako że jest mi ona bardzo bliska. Zostałam zagorzałą fanką pierogów ze szpinakiem sprzedawanych w dizajnerskim wozie zaprojektowanym na wzór „czeskiego snu”. Większy wybór produktów na gastro niż tylko dymiąca kiełba cieszy chyba nie tylko mnie.
Każdy mógł znaleźć tu coś dla siebie. W razie zmęczenia można było spocząć na pufach i wysłuchać na przykład genialnej Gaby Kulki. Umieszczenie scen w lesie czy na plaży jeszcze potęgowało ilość pozytywnych wrażeń, a jeśli komuś nadal było mało-imprezie towarzyszyły wystawy oraz całodobowe kino wzorowane na amerykańskich grindhouse’ach. Pozostaje mi tylko przyznać, że Artur Rojek nie kłamał śpiewając, że naprawdę na dużo go stać.

czwartek, 3 września 2009

Heil Kino!

Jak obiecałem, pora powrócić i ostatecznie się rozprawić z Letnią Akademią Filmową. Jednocześnie słów parę o nowym Tarantino, którego polskie ekrany jeszcze nie ujrzały, ale wszystko w swoim czasie.

Joseph Goebbels nosił tytuł doktora Uniwersytetu w Heidelbergu, założyć możemy więc że był całkiem inteligentnym człowiekiem. A że był przy tym w miarę na bieżąco z nowinkami ze świata - zdawał sobie sprawę, jaką siłą dysponuje ruchomy obraz. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że kiedy został ministrem propagandy III Rzeszy, szczególnie upodobał sobie X muzę. Podczas LAFu mogliśmy "podziwiać" dzieła tworzone
w latach 1939 - 1943 pod jego patronatem.
Jeśli ktoś chciałby te filmy oglądać absolutnie obiektywnie, mędrca szkiełkiem i okiem, to skazuje się na prawdziwe męki. Doktorat ministra propagandy dotyczył osiemnastowiecznego dramatu romantycznego - więc pompatyczny kicz Goebbels przyswoił sobie w procesie edukacji, a że o sztuce wielkiego pojęcia nie miał świadczy Wystawa Sztuki Zdegenerowanej w Monachium w 1937 roku. Hołdował po prostu klasycystyczno - pompatycznemu gustowi Hitlera. Takie właśnie są te filmy. Pretensjonalny, łzawy melodramat "Będę cię na rękach nosił", opowieść o powracających na swoje Niemcach - "Powrót", czy z rozmachem nakręcona opowieść o najsłynniejszym transatlantyku w dziejach - "Titanic". Wszystko to oczywiście z propagandą w tle, a czasami nawet na pierwszym planie.
Najlepszym i najbardziej znanym tego przykładem - klasyką kina propagandowego i sztandarowym filmem antysemickim jest oczywiście film Veit'a Harlana - "Żyd Süss". Opowieść o kupcu żydowskim, dla którego głównym celem w życiu są pieniądze i za nic ma dobro innych, kipi antysemityzmem i... w zasadzie to wszystko. Fabuła dość nudna, aktorstwo przeciętne. Film można obejrzeć tylko jeden raz - obejrzeć z uwagą na to, czemu miał służyć. Więcej niż raz nie warto się katować.
Kolejnym dziełem, miej lub bardziej, wartym zapamiętania jest Titanic. Wielka, z rozmachem prowadzona produkcja z roku 1943, nie jest tak oczywista jak dzieło Harlana. Nie ma w niej ani jednego Żyda, ani innych przedstawicieli "niższych ras", którymi naziści pogardzali. Cała intryga plącze się wokół konfliktu między właścicielem firmy White Star, któremu zależy na jak najlepszych osiągach Titanica, nawet jeśli ma to zagrażać dobru pasażerów, a mądrym i rozważnym niemieckim oficerem. Mamy tam również historie miłosne (wątek melodramatyczny został później podobno skopiowany przez twórców Cameron'owskiego Titanica - ja się nie dopatrzyłem), wystawne życie burżuazji i imponujące sceny morskie. Interesujący jest ten tytuł jednak z dwóch zupełnie innych powodów:
Po pierwsze - jako jedyne dzieło kinematografii III Rzeszy był rozpowszechniany na terenach ZSRR i im podległych. Cieszył się sporą popularnością i gromadził tłumy aż do połowy lat 50-tych.
Po drugie - sceny morskie, jak i większość filmu, kręcony były w Zatoce Gdańskiej, a bazą wypadową dla filmowców było sopockie Molo.
Jest też również zawiła historia powstania tego "Titanica". Mianowicie podpisanych jest pod nim dwóch reżyserów. Herbert Selpin, oraz Werner Klingler, który film dokończył po śmierci tego pierwszego. Jedna z (wielu) historii mówi o tym, że Selpin popadł w niełaskę Goebbelsa, ponieważ na swoje nieszczęście miał urodziwą żonę, która przypadła do gustu ministrowi propagandy. Druga historia, w którą jestem bardziej skłonny uwierzyć mówi o konflikcie między Selpinem a aktorami. Większość z nich była naturszczykami - żołnierzami. Swoim nieprofesjonalizmem zdenerwowali reżysera do tego stopnia, że obrzucił ich inwektywami w stylu: "wy nazistowskie miernoty". Nie minął ten incydent uszu Goebbelsa - Selpina uwięziono w areszcie sopockim, gdzie znaleziono go następnego dnia z nogami dyndającymi w powietrzu. Film dokończył Klingler.
Jak widać - kino III Rzeszy anegdotami i propagandą przede wszystkim stoi, a nie poziomem artystycznym.

Dlaczego o tym piszę? A i owszem, świętujemy (raczej upamiętniamy) wybuch II wojny światowej. Ale nie tylko. Czekamy również aż do kin w Polsce wejdzie najnowsze dzieło Quentina Tarantino - "Inglorious Basterds", który jest (między innymi) hołdem złożonym kinu niemieckiemu lat 20 i początku 30-tych, jak i pastiszem Goebbelsowskiej maszynki do robienia filmików.

Żeby choć trochę wydać się obiektywnym powiem, że trailery wyżej wzmiankowanej produkcji nie podobały mi się ani trochę. Byłem przekonany, że wyjdzie z tego jakiś przeładowany tanimi efektami film wojenny połączony z komedią o Hitlerze. I przez pierwsze 2-3 rozdziały miałem wrażenie, że czegoś mi brakuje. Jakbym oglądał Tarantino, który za bardzo uwierzył w swój styl.
Jak bardzo się myliłem przekonałem się w momencie, kiedy z ekranu zaczynają się sypać odniesienia do przednazistowskiego kina niemieckiego, a alianci rozpoczynają "Operation KINO".
"Inlgourious Basterds" podzieliło Cannes - byli tacy, którzy zmieszali film z błotem i tacy, którzy potwierdzali wysoką formę "mistrza". Najbardziej do gustu przypadło mi sformułowanie, że Tarantino stworzył swoją własną wersję "Cinema Paradiso" - poza obowiązkowym, dla tego twórcy, motywem zemsty, dostajemy opowieść o magii kina, która jest silniejsza od rzeczywistości. Mówiąc zwięźle - reżyser "Pulp Fiction" nakręcił taki film o nazistach, jaki wszyscy chcieli zawsze obejrzeć, a którego nikt nigdy nie stworzył. To marzenie spełnia się przy użyciu (dosłownie i w przenośni) taśmy filmowej. Jeśli wybierzecie się do kina, to sami zobaczcie, jak oczarowani będziecie, w momencie gdy wszystko wybucha i staje w płomieniach.
Proszę o wybaczenie, jeśli jestem zbyt enigmatyczny, ale zdradzanie szczegółów fabuły byłoby w tym wypadku zbyt poważnym wykroczeniem. Chętni znajdą je w przeróżnych, obcojęzycznych recenzjach - dla mnie taka zdrada krwi wymaga. Nie mówię więc nic.
Można mieć duży problem, jeśli chce się "Inglorious Basterds" traktować jako film w bezpośrednim znaczeniu tego słowa. Dzieło to jest raczej zlepkiem wyrazistych scen uzupełnionych komentarzami z offu. Jak w poprzednich produkcjach spod znaku Tarantino tak i tutaj mamy całą plejadę zapadających w pamięć postaci - genialny Christoph Waltz jako dwulicowy Hans Landa (zgarnął jedyną nagrodę w Cannes dla filmu), czy Brad Pitt, który udowadnia swój talent komediowy rolą Aldo Raine'a, poustawianych w przeróżnych konfiguracjach. Wszystko to upiększone wyśmienitymi dialogami, do których wysokiego poziomu już chyba większość widzów się przyzwyczaiła.
Obawiam się jednak, że muzyki - takiej do jakiej nas Tarantino przyzwyczaił, takiej, która leciałaby później miesiącami z każdego głośnika w mieście - takiej tutaj nie znajdziemy. Mamy, a i owszem, świetne utwory ilustrujące akcję (przede wszystkim "zrabowane" przez reżysera z innych filmów, ze spaghetti westernami na czele), ale żadnej melodii raczej nucić po wyjściu z kina nie będziemy.
A obiecane kino niemieckie? Jest i ono. Z tymże nie mamy tutaj "kina w stylu...", jak w Grindhousie - otrzymujemy za to sporą dawkę odwołań i aluzji (których często rozgryźć nie umiałem, lub przeoczyłem) do tamtego okresu w historii kinematografii. Przy czym jest to tak przemyślnie wplecione w fabułę, że gładko komponuje się ze śmiałym podejściem do kina, które prezentuje Tarantino.
Jedną tylko rzecz trudno oceniać teraz - myślę że przyjdzie nam jeszcze parę lat poczekać zanim dowiemy się na ile jest prawdziwa. Zaintrygowani? Zapraszam do kina ocenić, na ile ostatnie słowa "Inglorious Basterds" wypowiadane przez Brada Pitta zgodne są z prawdą.

Janusz

PS. Polecam przed seansem przypomnieć takie nazwiska jak Riefenstahl, Jannings, czy Pabst - ta wiedza może uprzyjemnić trochę oglądanie.