piątek, 4 września 2009

Get off

Tym razem prezentujemy wpis gościnny - przed państwem Joanna W. o Off Festivalu:

Wszystkim poszukującym tego co najświeższe i najciekawsze na scenie muzycznej polecam udanie się do Słupna Parku w Mysłowicach. Tam po raz czwarty odbył się OFF - największy festiwal muzyki alternatywnej - w tym roku dłuższy i jeszcze bardziej międzynarodowy". Przyjemne wrażenie sprawiał doglądający swej zagrody dyrektor artystyczny festiwalu. To, że nie celuje się tu w gwiazdy z pierwszych stron gazet ani w ilość uczestników, ale bardziej dba o atmosferę, tworzy ten festiwal naprawdę sympatycznym.

Specyfiką tego wydarzenia jest przede wszystkim przyjemność, jaką sprawia odkrywanie nowych brzmień. Większość z koncertów jest niespodzianką. Kolejny występ znanego zespołu nie daje takiej frajdy jak odkrycie czegoś nowego. A odkryć było wiele. Tak jak wiele było damskich wokali.
Tres.b w zastępstwie Loco Star zafundował miły, melodyjny pop z mnóstwem pozytywnej energii i baniek mydlanych. Biff dużo lepiej sprawdził się na małej Scenie Leśnej w Mysłowicach niż na Scenie Głównej zeszłorocznego Open’era, gdzie zwyczajnie zginął w zbyt dużej przestrzeni. Ekscentryczna Micachu z zespołem the Shapes zgrabnie połączyła elektronikę z tradycyjnymi instrumentami tworząc coś, czego sama nawet nie nazywa. Występowi w leśnej scenerii towarzyszyły świetne wizualizacje.

Gdy na rusztowaniu pojawił się podstarzały klatrus w slipach męskich krzyczących wszystkimi kolorami tęczy wydawało się to niezłym performancem , tym bardziej, że cała sprawa opierała się na czynnym udziale publiczności, wyraźnie chcącej poczuć pot Ami Shaleya na własnej skórze. Warto dodać, że izraelski zespół zupełnie nie traktuje sceny jako miejsca, na którym się gra- oni grają wśród publiczności, są przez nią noszeni na rękach, włażą na rusztowania . To mieszanka zbiorowego szaleństwa połączonego z zaaranżowanym seansem medytacyjnym i całkowitą władzą nad słuchaczami. The Monotonix są katalogowani jako zespół spod znaku garażowego grania i alternatywnego rocka. Mimo tego, że nagrania w studiu brzmią muzycznie dużo lepiej, dla mnie pozostają ciągle pod znakiem garażu i występ zaliczyłabym bardziej do czegoś w rodzaju ciekawego wydarzenia, któremu nie można odmówić mnóstwa energii i zabawy.

Warta przywołania jest poznańska Grupa Kot. Świetny pomysł na wizerunek sceniczny , osobliwe instrumentarium w postaci dwóch magnetofonów kasetowych, melorecytacja Bąkowskiego bez mimiki twarzy za to z nerwową gestykulacją zwiastującą jakąś nieuniknioną apokalipsę. Bąkowski wywodzi się z grupy artystycznej Penerstwo charakteryzującej się silną ekspresją i nawiązującej do określenia, które tylko poznaniak podskórnie wyczuwa, czyli pewnego rodzaju syfiarstwa obyczajowego.
W twórczości Grupy Kot rodzajem używanej ekspresji jest słowo stawiane na równi z dźwiękiem, tworzące spójny komunikat. Panowie nie boją się dotykać kwestii szkolnych - „Mamnaganne” jak i religijnych wyznań - „Jestem księdzem”, wszystko to w atmosferze grozy, pełne przerywanych powtórzeń powodujących narastające napięcie i poczucie, że naganne zachowanie to dopiero dramat. Całe szczęście napięcie jest szybko rozładowywane dodawanym systematycznie przez wokalistę naiwnym -„no”.

Na Miłość długo się czeka. Nie wszystkim udaje się trudna próba cierpliwości. Wśród publiczności dało się słyszeć wykrzykiwane z rozżaleniem : „miłości nie ma!”. Małe opóźnienie dało się rzecz jasna wybaczyć komuś takiemu jak Leszek M. Jemu wybaczę nawet niekorzystną zmianę fryzury. Nie ukrywam natomiast, że mam wielkie pretensje do organizatorów, że koncert został umieszczony na szarym końcu. Doprowadziło to do braku przytomności, która w jazzie (a raczej przy tej okazji - yassie) jest niezbędna. Grupa Miłość, specjalnie reaktywowana na tą okazję, tak czy inaczej zafundowała nam prawdziwą dźwiękowa ucztę na koniec dnia.

Program został ułożony tak, by ułatwić przemieszczanie się i zobaczenie możliwie jak największej liczby zespołów, jednak czasami nie zdawało to egzaminu. Podczas luki programowej, koncert odbywał się tylko na scenie Trójka offensywa a jako, że było to wieczorową porą, wiało chłodem i większość festiwalowiczów czekała na the National - tłumy waliły do namiotu. Skończyło się potwornym ściskiem ale i wspólnym radosnym przytupem. Deski namiotu nie wytrzymały takiej dawki entuzjazmu i najzwyczajniej w świecie na znak protestu strzeliły. Organizatorów w swoim imieniu przepraszam.
Wielki plus daję za solidnie przygotowany katalog formatu ciut większego niż kieszonkowy, z opisami i zdjęciami zespołów - znacznie ułatwiał poruszanie się w gęstwinie w większości przeze mnie nieznanych zespołów.
Nie mogę nie odnieść się do warstwy gastronomicznej,jako że jest mi ona bardzo bliska. Zostałam zagorzałą fanką pierogów ze szpinakiem sprzedawanych w dizajnerskim wozie zaprojektowanym na wzór „czeskiego snu”. Większy wybór produktów na gastro niż tylko dymiąca kiełba cieszy chyba nie tylko mnie.
Każdy mógł znaleźć tu coś dla siebie. W razie zmęczenia można było spocząć na pufach i wysłuchać na przykład genialnej Gaby Kulki. Umieszczenie scen w lesie czy na plaży jeszcze potęgowało ilość pozytywnych wrażeń, a jeśli komuś nadal było mało-imprezie towarzyszyły wystawy oraz całodobowe kino wzorowane na amerykańskich grindhouse’ach. Pozostaje mi tylko przyznać, że Artur Rojek nie kłamał śpiewając, że naprawdę na dużo go stać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz