Film nie wymaga większej reklamy, wszak multipleksy kraju już zostały przyozdobione licem Penelopy, a Almodóvar od dawien dawna funkcjonuje jak marka. Tym razem Hiszpan opowiada nam zawiłą historię miłosnego trójkąta pomiędzy reżyserem, aktorką i producentem milionerem. Intryga na miarę telenoweli, napięcie rodem z filmu noir, chronologiczne przeskoki, nawiązania do arcydzieł kinematografii – to wszystko sprawia, że film ogląda się bardzo przyjemnie. Pedro ogłosił „Przerwane Objęcia” deklaracją miłości do kina. Widocznie darzy on równie wyjątkowym uczuciem Penelopę Cruz, robi bowiem wszystko, by ta z filmu na film wyglądała coraz bardziej zachwycająco.
Irytuje mnie procedura określania stopnia almodorovatości w almodovarze wraz z każdym projektem Hiszpana, jednak w przypadku tego filmu to właśnie element filmowego autotematyzmu – charakterystyczny dla stylistyki Almodo podobał mi się najbardziej. Dyfuzję pomiędzy filmem, a filmem w filmie Hiszpan opracował już do perfekcji. Motyw filmu wpada w Objęcia na samym początku ze względu na profesje bohaterów. Podwójne tożsamości i odgrywane role zaczynają wyznaczać równoległą oś opowiadania. Kluczowe znaczenie dla rozwiązania akcji ma symboliczna ingerencja w Mateo/Harrego w jego dzieło sprzed lat.
Choć w mej opinii nowy Almodóvar jest miły, są tacy u których nie wywołuje rumieńców. Z pewnością na tle Przerwanych objęć prze blado wygląda nowe potomstwo Wima Wendersa. Nie da się bronić filmu dedykowanego Antonioniemu i Bergmanowi tylko na podstawie zgrabnie dobranej tracklisty. Wenders przeszarżował i wielu już rozpisało się na temat pretensjonalności Spotkania w Palermo (tutaj polecam szczególnie). Jeśli jednak jesteś fanem Die Toten Hosen i uważasz, że personifikacja śmierci ukazująca się bohaterowi powinna mieć twarzy zmarłego członka jego rodziny, sprawdź to koniecznie! Ja cierpiałam katusze i dygoty i zadręczałam się myślami o tym gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Berlin, gdzie Lizbona, gdzie Paryż, gdzie Texas. Metafizyka to jedyne czego nie trzeba szukać w Spotkaniu w Palermo. Metafizyka po kostki, żeby można było w niej bez celu pobrodzić.
Filmem – rewelacją, którego premiery warto wyczekiwać jest tegoroczny laureat Złotej Palmy „Biała Wstążka” Michaela Hanekego. Biała Wstążka to kino surowe, o czarno białych pieczołowicie wymuskanych zdjęciach, powolnym tempie, świetnie dogranej ścieżce dźwiękowej. 154 minuty na jednym wdechu, w klimacie pełnym napięcia choć pozbawionym fajerwerków. Film intensywnie angażuje widza i robi piorunujące wrażenie nie tylko przez względy formalne ale przede wszystkim poprzez uniwersalny wymiar historii.
Akcja filmu toczy się w niemieckiej wsi tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Haneke kreśli portrety mieszkańców pokazując życie codzienne tradycyjnej patriarchalnej społeczności. Gdzieś pośród obowiązków, w uświęcony cykl roku wkradają się niepokojące zdarzenia, kryjące za sobą tajemnicę. Czas akcji konotuje interpretacje, jakoby Haneke badał u źródeł narodziny faszyzmu. Jakkolwiek można zarzucać takiemu odczytaniu zbytnie upraszczanie, Biała wstążka to przede dobrze opowiedziana historia, oglądając ją równie dobrze można abstrahować od kontekstów i rozpatrywać w skali mikro. Fabuła choć (dzięki wprowadzeniu narratora) obserwowana z dystansu czasowego, wciąga widza w spójny, pełen żywych emocji świat bohaterów. Wszystko co najważniejsze nie zostaje dopowiedziane,bo biała wstążka nie musi być wcale gwarancją niewinności.
Swoim nowym filmem zaskoczył publiczności Francois Ozon. O Rickym można było przeczytać, że to wynik spotkania reżysera z twórcami Amelii. Realizm magiczny to kolejna z rzędu szufladka w której Ozon próbuje swoich sił i dobrze sobie radzi. Zachowując kolejność członów (1. realizm 2. magiczny), w pierwszej części obserwujemy realizm w pełnej krasie. Do połowy nie powstydziłby się Rickiego żaden z braci Dardenne.
Samotnie wychowująca dziecko matka pracująca w fabryce, romans z jednym z robotników, ciąża, poród. Jako, że dla drugiej części zarezerwowany został powyżej termin magiczny, tytułowy Ricky jako niemowlę okazuje się dzieckiem - niespodzianką. Historia nabiera lekkości, pół sali kinowej wybucha raz po raz gromkim śmiechem, część jest zdezorientowana poetyką ala neverendingstory. Cokolwiek by sobie Ozon nie wymyślił, daje dowody swej wszechstronności, potrafiąc zręcznie puścić oko w kierunku widza.
Oprócz wyżej wymienionych warto wspomnieć jeszcze o kilku tytułach, których wejście do kin jest planowane.
Po pierwsze „Białe szaleństwo” ironiczna, zabawna wariacja na temat „Prostej historii” Lyncha w wersji na skuter śnieżny. Film ze Skandynawskim polotem i świetnymi dialogami. Łakocie i witaminy. PS.Jest tam też niezawodną metoda na osiągnięcie stanu upojenia alkoholowego przy minimalnych nakładach :)
Po drugie „Serafina” kameralna historia oparta na biografii Séraphine Louis - malarki prytmitywistki. Malowanie w jej wydaniu jest przeżywaniem sacrum, wyrazem najpełniejszego zachwytu nad światem. Film skromny i wywołujący permanentny delikatny uśmiech, a przy tym zapełniający luki w edukacji historycznosztucznej.
Wreszcie po trzecie Tlen w reżyserii Ivana Vyrypayeva. Romantyczna historia opowiedziana niezwykle dynamicznie w 10 wideoklipach. Wyrpajew drugi po Euforii film kręci na podstawie własnej sztuki teatralnej. Sasza spotyka Sańkę, ta rudowłosą piękność, uzależniający czysty tlen, sprawia, że jest w stanie zerwać z dotychczasowym życiem. Formalnie nowatorska symfonia wielkiego miasta, kwintesencja kultury MTV, rewelacyjna Karolina Gruszka x2.
Tlen udowadnia, że o prostych i starych jak świat motywach takich jak miłość, zbrodnia, nienawiść, da się mówić w zaskakująco świeży sposób. Piękne zdjęcia pozwalają przymknąć oko na momenty, w których reżyser zaczyna stąpać po niepewnym gruncie i miesza w miłosną historię przyciężkie motywy Dżihad vs McŚwiat. Pomimo całej niesympatii jaką reżyserowi udało się wzbudzić na spotkaniu poprojekcyjnym nagroda w konkursie nowohoryzontowym w pełni zasłużona.Polecam popatrzeć
Pus
PS. Na szczęście już o ENH ciągu dalszego nie będzie:)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz