sobota, 31 października 2009

Sztuczna Wenecja

La Biennale di Venezia. Brzmi dumnie.

Impreza na skalę światową swoich początków sięga końca wieku XIX. Był to rok 1895 i przede wszystkim sztuka dekoracyjna. Kolejne edycje pod wpływem coraz bardziej dominującej awangardy, przeobrażały się w ekspozycje sztuki głównie współczesnej, co
trwa do dzisiaj. Biennale organizowane są co dwa lata (te nieparzyste) i trwają kilka miesięcy. Tytułem wstępu, który każdy w sumie zna.

Tegoroczne Biennale to już 53 międzynarodowa wystawa. Głównym organizatorem jest Daniel Birnbaum, od 2001 rektor Staedelschule Frankfurt/Main.

Fare Mondi/Making Worlds to hasło, tytuł spinający wielką międzynarodową klamrą zbiory ponad 90 artystów z całego świata. Dyrektor wyraźnie podkreśla, że interesuje go zaakcentowanie samego procesu kreacji. Dzieło sztuki nie jest tylko jakimś obiektem, dziełem samym w sobie (ci, co nie zgadzają się niech podniosą głos!), jest przede wszystkim odpowiedzią na współczesny świat, jest mową na poczet życia. Jedyne, co decyduje o zakwalifikowaniu czegoś jako sztuki, to poważne potraktowanie czyjegoś działania, czyjejś pracy i spojrzenia na świat poprzez ekspresję. To jest stwarzanie świata.

Sztuka nie rozróżnia narzędzi pracy, nie zależy od formy prezentacji, dlatego na Biennale znajdziemy tyle różnorodności, które choć utkane z odmiennej materii, artykułujące inne tematy, dotyczą jednego: wizji świata.

Artyści mówiący swoimi prywatnymi językami, niekoniecznie mówią swoim narodowym językiem.

Żyjemy w czasach globalizacji, dyfuzji myśli i form, stąd nie warto w pawilonach szukać ducha narodu, bo te granice już dawno się zatarły. Przed wejściem do parku Giardini i Arsenale zostajemy z jedną wątpliwością: czy te nowe światy wynurzą się z miejsca spotkania innych światów, tych prezentowanych przez nas samych?

Moja pierwsza wizyta w Wenecji. Moje pierwsze Biennale Sztuki Współczesnej. Biegałam z mapą po całym parku, notowałam co ciekawsze wystawy. Momentami zdegustowana, momentami oniemiała poruszałam się po tym labiryncie sztuki przez cały dzień. Teraz już wiem, że za krótko.

Na szczególną uwagę zasługują w rankingu Rusia 2009:

Tomas Saraceno z pochodzenia Argentyńczyk, obecnie żyje i tworzy w Frankfurcie nad Menem. Jego prace to przede wszystkim ogromne instalacje w plenerze, zachwycające swoją formą. W Palazzo delle Esposizioni można się skonfrontować z wielką konstelacją lin i kół, które nas oplatają.
























Fiona Tan i "Disorient". Jej prace poruszą każdego, kto interesuje się problemem pamięci, zwykłością życia przepełnioną magią. Chyba każdy marzył o huśtawce w domu
prawda? Pooolecam: http://www.fionatanvenice.nl/disorient/


Pawilon rosyjski również należy do moich ulubionych i to wcale nie z powodów prywatnych! Gosha Ostretsov to artysta balansujący między współczesnością a awangardą. Porusza problemy Rosji, która prawdopodobnie nigdy nie zrzuci maski
suwerennego państwa, troskliwie patrzącego na obywatela. To, co widzimy na Biennale to instalacja z rupieci, pamiątek pokrytych kurzem, zdezelowanych i pogryzionych przez czas. Skansen współczesnej Rosji.






























I mój ulubieniec Anatoly Shuravlev, mający bzika na punkcie lingwistyki i semiotyki. W swoich pracach skupia się przede wszystkim na relacjach między signifiant i signifie. "Black Holes" jest instalacją pokazującą jego zainteresowanie do fotografii i filozofii z nią związaną. W szklanych kulach umieścił mikroskopijnej wielkości zdjęcia znanych i sławnych ludzi z telewizji, świata polityki, międzynarodowego Pudelka. Widzimy ich jakby przez kosmiczny dystans, pomniejszenie, nie możemy dostrzec ich w całości. Oni nas tylko otaczają.
















Jednak zdecydowanym moim faworytem na tegorocznych biennale był pawilon skandynawski, a właściwie jeden wielki modernistyczny dom, gdzie każda zwykła-niezwykła rzecz-przedmiot nabierała innego znaczenia. Wchodzimy do czyjegoś
mieszkania, gdzie otacza nas czyjeś życie, czyjeś fikcyjne historie. Rozczłonkowana przestrzeń wielkiego domu podzielona jest na poszczególne części mieszkalne. Widzimy kuchnię z filiżankami niedopitej kawy, wymiętoszony fotel, gigantyczną wnękę w podłodze wyłożoną poduszkami, wszystko do użytku publicznego, tylko pamiętaj, żeby zdjąć buty, głosi napis. Mijamy łazienkę między dwoma wielkimi drzewami, których
szczyty znajdują się już poza okiem domownika. Owa toaleta otoczona jest szklanymi ścianami a zamiast po posadzce stąpa się w tym kosmicznym domu po otoczakach. Przemierzając czyjąś prywatną przestrzeń docieramy do stanowiska pracy, poznajemy
jedną z wielu historii mieszkańców tego domu. To pisarz powieści erotycznych, wyraźnie zaznacza, że jest modernistycznym twórcą. Niezwykły pomysł na teatralizację
przestrzeni, na połączenie sztuki i życia i wyobraźni i chłodnej skandynawskiej architektury wnętrza. A przed domem w basenie tonął manekin. "The Collectors" lubię najbardziej.

Do ciekawych, łapiących w pułapkę psikusów zaliczyłabym czeski pawilon, który był rekonstrukcją tego, co znajdowało się na zewnątrz. Trochę tak jakby ktoś krzyknął: nie zauważasz człowieku sztuki?

Trudno spamiętać wszystko, co się widziało. W głowie zostało pewnie tylko to, co miało zostać. Nic więcej nie dodam.

z wyrazami szacunku dla znakomitego polskiego poety Janusza B.
aga.

piątek, 9 października 2009

Pingwini i inni im podobni

Wydano w końcu w naszym pięknym kraju, pełnymi pięknych, smukłych, prawych i przede wszystkim "porządnych" ludzi książkę dla dzieci, która budziła ostatnimi laty wiele kontrowersji. Chodzi o "z tango jest na troje" - opowieść wydaną oryginalnie w Nowym Yorku w 2005 roku. Historia jest oparta na faktach i traktuje o parze dwóch samców pingwinów, którzy wysiadują jajko, a następnie wychowują małe pingwiniątko. Zachowanie takie jest wcale nie obce temu gatunkowi, ale z uwagi, że całe wydarzenie miało miejsce w Zoo w Central Parku, sprawiło że ptaki stały się ulubieńcami liberalnych mieszkańców Manhattanu Co prawda, nie obyło się bez kłótni w całej Ameryce - pozwów o propagowanie homoseksualizmu, deprawację dzieci itp. itd., ale w końcu trafiła ta książeczka również nad Wisłę. Jest kolejną z cyklu (choć z zupełnie innego wydawnictwa) prezentacją tematów trudniejszych i omijanych przez dorosłych, a o których dzieci powinny coś wiedzieć. Przedtem poczytać można było m.in. o kupie, czy o śmierci.
Poparta całym szeregiem spotkań, dyskusji i wspierana przez środowiska homoseksualne "z tango jest nas troje" już zdążyła wzbudzić uznanie, jak i sprzeciw (ktoś tam z Pisu coś tam protestuje).
Wiadomo, że co kontrowersyjne, to przyciąga, więc zerknąłem do tej niewielkiej, ilustrowanej książeczki autorstwa Justina Richardsona i Petera Parnella... i przyznaję, że jakkolwiek temat jest bardzo słuszny, to samo dzieło trochę mniej. Pośród kolorowych rysunków, które nie wyróżniają się niczym szczególnym dostajemy prostą historię o dwóch pingwinach, które najpierw wysiaduję kamienie, a kiedy ich opiekun podrzuca im jajo - zostają rodzicami z prawdziwego zdarzenia. Jeśli tylko opuścić całą atmosferę kontrowersyjności otrzymujemy nijaką historyjkę, która szybko blednie w pamięci. Wątpię, żeby dziecko po przeczytaniu wracało do niej i traktowało z nabożeństwem, a potem przez całe życie wspominało: "miałem kiedyś taką książkę...".
Idea wydania (przez Pana Roberta Biedronia) i propagowania tej bajki (to zresztą mało adekwatne określenie), jest jak najbardziej wskazana w procesie edukacji najmłodszych w duchu tolerancji. Trudno jednak promować ją na siłę, skoro jest tak naprawdę nijaka.

Zgrabnie teraz przeskakując na następny temat, a pozostając też jedną nogą w homoświatku - prezentacja ARTYSTY przez duże A, który tworzy komiksy cośkolwiek obrazoburcze, ale jeśli ktoś ma elastyczne poczucie humoru - ubawi się na pewno. Ojciec Rene tworzy jednoplanszowe żarty, lub trochę dłuższe historię, w których przeważają wszelkiego rodzaju i wielkości penisy, żarty o analu, a także parodie świata komiksowego (z Hellboya zrobił, co oczywiste - Hujboya). Prowadzi swój blog, ale jego prace można podziwiać na Komiksomanii, albo nawet wręcz zakupić podziemne i plugawe wydanie przygód Hujboya na allegro. Polecam czytać o Ojcu Rene na zmianę z informacjami na temat nowej płyty Anity Lipnickiej - niezapomniane połączenie.

Zgrabnie przesuwając się w stronę filmu, już bez wątku homoseksualnego, warto wspomnieć o nowej animacji Tomasza Bagińskiego (który się bardzo pracowity zrobił ostatnio - tylko żeby wspomnieć Kinematograf, Hardkor 44, czy mapę wojennej warszawy). Jednak "Bieg", który można podziwiać na stronie Lecha, nie zadziwia niczym szczególnym i plasuje się między reklamą, a przeciętną animacją. Tak czy siak jest niedługi - obejrzeć można.

czwartek, 1 października 2009

Przerwa, jak widać, przerwa

Jak na razie nie do końca wiemy, czy ktokolwiek nas czyta. Z przyszłością wiążemy ogromne plany - będą nas czytać miliony, zygżdyliony, gazyliony. Czarni, biali, żółci, paru czerwonych - dokładnie w tej kolejności (aby nie być posądzonym o rasizm). Królowie i Królowe, książęta, księżniczki i książeczki, głowy państw (Lecha K. sfotografujemy jak nas czyta i zdjęcie sprzedamy za grube pieniądze do Faktu) i inni tacy. Nawet papież nas będzie czytał! Ten aktualny, a także, jak bóg mi świadkiem - ten prawdziwy, nasz, poprzedni. Do tego czasu, pewnie nas nikt nie czyta. I dobrze - nikt nie zauważył mniejszego, lub większego zastoju na blogu. Zastoju spowodowanego dużą mobilnością autorów, którzy się rozjechali na wszystkie cztery strony świata, czyli na południe, południowy - wschód i dalsze południe. Ale internet - tak jak biegunka - występuje pod każdą szerokością geograficzną. Więc jak się pozbieramy i odzyskamy trzeźwość umysłów, przystąpimy do pracy.

Zresztą nie aż tak dużo się wydarzyło w Polsce ostatnio, aby hałas czynić i bić w tarabany i ojciec do Zosi zapłakany:
W Białostockiem zdarzył się cud, Behemoth wydał dobrze przyjętą płytę (zacny teledysk), Zygmunt Bauman założył bloga (cwaniaczek - jak się chcesz Zygmuncie ścigać - podniesiemy rękawice; no może jak będzie trochę więcej czasu).
Trochę imprez teatralnych (wrocławski dialog, lubelskie konfrontacje) się zbliża. Zaczyna się najważniejsze święto dla fanów komiksu - MFK ver.20.0 - nic tylko składać życzenia i żałować, że udać się nie można.
No i szeroko znana, wychwalana od Uralu, po Racibórz, piosenkarka poznańska (choć możliwe, że trochę przesadziłem i zna ją tylko parę osób w Poznaniu) - Rebeka Skwarek uraczyła nas w końcu swoją myspacecową stroną. A jej niesolowy zespół nakręcił przykładny "trailer" swojej twórczości i umieścił go na portalu internetowym o nazwie youtube. Może kiedyś uda się jej przebić popularnością Zbigniewa Wodeckiego? Kto wie.

Te wyżej wzmiankowane przedsięwzięcia kulturalne i tak nijak się mają do cudu w Białostockiem. Sytuację będziemy śledzić i poinformujemy jeśli coś. A jak nie coś, to powrócimy z życiem blogowym niedługo.