Wydano w końcu w naszym pięknym kraju, pełnymi pięknych, smukłych, prawych i przede wszystkim "porządnych" ludzi książkę dla dzieci, która budziła ostatnimi laty wiele kontrowersji. Chodzi o "z tango jest na troje" - opowieść wydaną oryginalnie w Nowym Yorku w 2005 roku. Historia jest oparta na faktach i traktuje o parze dwóch samców pingwinów, którzy wysiadują jajko, a następnie wychowują małe pingwiniątko. Zachowanie takie jest wcale nie obce temu gatunkowi, ale z uwagi, że całe wydarzenie miało miejsce w Zoo w Central Parku, sprawiło że ptaki stały się ulubieńcami liberalnych mieszkańców Manhattanu Co prawda, nie obyło się bez kłótni w całej Ameryce - pozwów o propagowanie homoseksualizmu, deprawację dzieci itp. itd., ale w końcu trafiła ta książeczka również nad Wisłę. Jest kolejną z cyklu (choć z zupełnie innego wydawnictwa) prezentacją tematów trudniejszych i omijanych przez dorosłych, a o których dzieci powinny coś wiedzieć. Przedtem poczytać można było m.in. o kupie, czy o śmierci.
Poparta całym szeregiem spotkań, dyskusji i wspierana przez środowiska homoseksualne "z tango jest nas troje" już zdążyła wzbudzić uznanie, jak i sprzeciw (ktoś tam z Pisu coś tam protestuje).
Wiadomo, że co kontrowersyjne, to przyciąga, więc zerknąłem do tej niewielkiej, ilustrowanej książeczki autorstwa Justina Richardsona i Petera Parnella... i przyznaję, że jakkolwiek temat jest bardzo słuszny, to samo dzieło trochę mniej. Pośród kolorowych rysunków, które nie wyróżniają się niczym szczególnym dostajemy prostą historię o dwóch pingwinach, które najpierw wysiaduję kamienie, a kiedy ich opiekun podrzuca im jajo - zostają rodzicami z prawdziwego zdarzenia. Jeśli tylko opuścić całą atmosferę kontrowersyjności otrzymujemy nijaką historyjkę, która szybko blednie w pamięci. Wątpię, żeby dziecko po przeczytaniu wracało do niej i traktowało z nabożeństwem, a potem przez całe życie wspominało: "miałem kiedyś taką książkę...".
Idea wydania (przez Pana Roberta Biedronia) i propagowania tej bajki (to zresztą mało adekwatne określenie), jest jak najbardziej wskazana w procesie edukacji najmłodszych w duchu tolerancji. Trudno jednak promować ją na siłę, skoro jest tak naprawdę nijaka.
Zgrabnie teraz przeskakując na następny temat, a pozostając też jedną nogą w homoświatku - prezentacja ARTYSTY przez duże A, który tworzy komiksy cośkolwiek obrazoburcze, ale jeśli ktoś ma elastyczne poczucie humoru - ubawi się na pewno. Ojciec Rene tworzy jednoplanszowe żarty, lub trochę dłuższe historię, w których przeważają wszelkiego rodzaju i wielkości penisy, żarty o analu, a także parodie świata komiksowego (z Hellboya zrobił, co oczywiste - Hujboya). Prowadzi swój blog, ale jego prace można podziwiać na Komiksomanii, albo nawet wręcz zakupić podziemne i plugawe wydanie przygód Hujboya na allegro. Polecam czytać o Ojcu Rene na zmianę z informacjami na temat nowej płyty Anity Lipnickiej - niezapomniane połączenie.
Zgrabnie przesuwając się w stronę filmu, już bez wątku homoseksualnego, warto wspomnieć o nowej animacji Tomasza Bagińskiego (który się bardzo pracowity zrobił ostatnio - tylko żeby wspomnieć Kinematograf, Hardkor 44, czy mapę wojennej warszawy). Jednak "Bieg", który można podziwiać na stronie Lecha, nie zadziwia niczym szczególnym i plasuje się między reklamą, a przeciętną animacją. Tak czy siak jest niedługi - obejrzeć można.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz