Joseph Goebbels nosił tytuł doktora Uniwersytetu w Heidelbergu, założyć możemy więc że był całkiem inteligentnym człowiekiem. A że był przy tym w miarę na bieżąco z nowinkami ze świata - zdawał sobie sprawę, jaką siłą dysponuje ruchomy obraz. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że kiedy został ministrem propagandy III Rzeszy, szczególnie upodobał sobie X muzę. Podczas LAFu mogliśmy "podziwiać" dzieła tworzone
w latach 1939 - 1943 pod jego patronatem.
Jeśli ktoś chciałby te filmy oglądać absolutnie obiektywnie, mędrca szkiełkiem i okiem, to skazuje się na prawdziwe męki. Doktorat ministra propagandy dotyczył osiemnastowiecznego dramatu romantycznego - więc pompatyczny kicz Goebbels przyswoił sobie w procesie edukacji, a że o sztuce wielkiego pojęcia nie miał świadczy Wystawa Sztuki Zdegenerowanej w Monachium w 1937 roku. Hołdował po prostu klasycystyczno - pompatycznemu gustowi Hitlera. Takie właśnie są te filmy. Pretensjonalny, łzawy melodramat "Będę cię na rękach nosił", opowieść o powracających na swoje Niemcach - "Powrót", czy z rozmachem nakręcona opowieść o najsłynniejszym transatlantyku w dziejach - "Titanic". Wszystko to oczywiście z propagandą w tle, a czasami nawet na pierwszym planie.
Najlepszym i najbardziej znanym tego przykładem - klasyką kina propagandowego i sztandarowym filmem antysemickim jest oczywiście film Veit'a Harlana - "Żyd Süss". Opowieść o kupcu żydowskim, dla którego głównym celem w życiu są pieniądze i za nic ma dobro innych, kipi antysemityzmem i... w zasadzie to wszystko. Fabuła dość nudna, aktorstwo przeciętne. Film można obejrzeć tylko jeden raz - obejrzeć z uwagą na to, czemu miał służyć. Więcej niż raz nie warto się katować. Kolejnym dziełem, miej lub bardziej, wartym zapamiętania jest Titanic. Wielka, z rozmachem prowadzona produkcja z roku 1943, nie jest tak oczywista jak dzieło Harlana. Nie ma w niej ani jednego Żyda, ani innych przedstawicieli "niższych ras", którymi naziści pogardzali. Cała intryga plącze się wokół konfliktu między
właścicielem firmy White Star, któremu zależy na jak najlepszych osiągach Titanica, nawet jeśli ma to zagrażać dobru pasażerów, a mądrym i rozważnym niemieckim oficerem. Mamy tam również historie miłosne (wątek melodramatyczny został później podobno skopiowany przez twórców Cameron'owskiego Titanica - ja się nie dopatrzyłem), wystawne życie burżuazji i imponujące sceny morskie. Interesujący jest ten tytuł jednak z dwóch zupełnie innych powodów:Po pierwsze - jako jedyne dzieło kinematografii III Rzeszy był rozpowszechniany na terenach ZSRR i im podległych. Cieszył się sporą popularnością i gromadził tłumy aż do połowy lat 50-tych.
Po drugie - sceny morskie, jak i większość filmu, kręcony były w Zatoce Gdańskiej, a bazą wypadową dla filmowców było sopockie Molo.
Jest też również zawiła historia powstania tego "Titanica". Mianowicie podpisanych jest pod nim dwóch reżyserów. Herbert Selpin, oraz Werner Klingler, który film dokończył po śmierci tego pierwszego. Jedna z (wielu) historii mówi o tym, że Selpin popadł w niełaskę Goebbelsa, ponieważ na swoje nieszczęście miał urodziwą żonę, która przypadła do gustu ministrowi propagandy. Druga historia, w którą jestem bardziej skłonny uwierzyć mówi o konflikcie między Selpinem a aktorami. Większość z nich była naturszczykami - żołnierzami. Swoim nieprofesjonalizmem zdenerwowali reżysera do tego stopnia, że obrzucił ich inwektywami w stylu: "wy nazistowskie miernoty". Nie minął ten incydent uszu Goebbelsa - Selpina uwięziono w areszcie sopockim, gdzie znaleziono go następnego dnia z nogami dyndającymi w powietrzu. Film dokończył Klingler.
Jak widać - kino III Rzeszy anegdotami i propagandą przede wszystkim stoi, a nie poziomem artystycznym.
Dlaczego o tym piszę? A i owszem, świętujemy (raczej upamiętniamy) wybuch II wojny światowej. Ale nie tylko. Czekamy również aż do kin w Polsce wejdzie najnowsze dzieło Quentina Tarantino - "Inglorious Basterds", który jest (między innymi) hołdem złożonym kinu niemieckiemu lat 20 i początku 30-tych, jak i pastiszem Goebbelsowskiej maszynki do robienia filmików.

Żeby choć trochę wydać się obiektywnym powiem, że trailery wyżej wzmiankowanej produkcji nie podobały mi się ani trochę. Byłem przekonany, że wyjdzie z tego jakiś przeładowany tanimi efektami film wojenny połączony z komedią o Hitlerze. I przez pierwsze 2-3 rozdziały miałem wrażenie, że czegoś mi brakuje. Jakbym oglądał Tarantino, który za bardzo uwierzył w swój styl.
Jak bardzo się myliłem przekonałem się w momencie, kiedy z ekranu zaczynają się sypać odniesienia do przednazistowskiego kina niemieckiego, a alianci rozpoczynają "Operation KINO".
"Inlgourious Basterds" podzieliło Cannes - byli tacy, którzy zmieszali film z błotem i tacy, którzy potwierdzali wysoką formę "mistrza". Najbardziej do gustu przypadło mi sformułowanie, że Tarantino stworzył swoją własną wersję "Cinema Paradiso" - poza obowiązkowym, dla tego twórcy, motywem zemsty, dostajemy opowieść o magii kina, która jest silniejsza od rzeczywistości. Mówiąc zwięźle - reżyser "Pulp Fiction" nakręcił taki film o nazistach, jaki wszyscy chcieli zawsze obejrzeć, a którego nikt nigdy nie stworzył. To marzenie spełnia się przy użyciu (dosłownie i w przenośni) taśmy filmowej. Jeśli wybierzecie się do kina, to sami zobaczcie, jak oczarowani będziecie, w momencie gdy wszystko wybucha i staje w płomieniach.
Proszę o wybaczenie, jeśli jestem zbyt enigmatyczny, ale zdradzanie szczegółów fabuły byłoby w tym wypadku zbyt poważnym wykroczeniem. Chętni znajdą je w przeróżnych, obcojęzycznych recenzjach - dla mnie taka zdrada krwi wymaga. Nie mówię więc nic.
Można mieć duży problem, jeśli chce się "Inglorious Basterds" traktować jako film w bezpośrednim znaczeniu tego słowa. Dzieło to jest raczej zlepkiem wyrazistych scen uzupełnionych komentarzami z offu. Jak w poprzednich produkcjach spod znaku Tarantino tak i tutaj mamy całą plejadę zapadających w pamięć postaci - genialny Christoph Waltz jako dwulicowy Hans Landa (zgarnął jedyną nagrodę w Cannes dla filmu), czy Brad Pitt, który udowadnia swój talent komediowy rolą Aldo Raine'a, poustawianych w przeróżnych konfiguracjach. Wszystko to upiększone wyśmienitymi dialogami, do których wysokiego poziomu już chyba większość widzów się przyzwyczaiła.
Obawiam się jednak, że muzyki - takiej do jakiej nas Tarantino przyzwyczaił, takiej, która leciałaby później miesiącami z każdego głośnika w mieście - takiej tutaj nie znajdziemy. Mamy, a i owszem, świetne utwory ilustrujące akcję (przede wszystkim "zrabowane" przez reżysera z innych filmów, ze spaghetti westernami na czele), ale żadnej melodii raczej nucić po wyjściu z kina nie będziemy.
A obiecane kino niemieckie? Jest i ono. Z tymże nie mamy tutaj "kina w stylu...", jak w Grindhousie - otrzymujemy za to sporą dawkę odwołań i aluzji (których często rozgryźć nie umiałem, lub przeoczyłem) do tamtego okresu w historii kinematografii. Przy czym jest to tak przemyślnie wplecione w fabułę, że gładko komponuje się ze śmiałym podejściem do kina, które prezentuje Tarantino.
Jedną tylko rzecz trudno oceniać teraz - myślę że przyjdzie nam jeszcze parę lat poczekać zanim dowiemy się na ile jest prawdziwa. Zaintrygowani? Zapraszam do kina ocenić, na ile ostatnie słowa "Inglorious Basterds" wypowiadane przez Brada Pitta zgodne są z prawdą.
Janusz
PS. Polecam przed seansem przypomnieć takie nazwiska jak Riefenstahl, Jannings, czy Pabst - ta wiedza może uprzyjemnić trochę oglądanie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz