sobota, 31 października 2009

Sztuczna Wenecja

La Biennale di Venezia. Brzmi dumnie.

Impreza na skalę światową swoich początków sięga końca wieku XIX. Był to rok 1895 i przede wszystkim sztuka dekoracyjna. Kolejne edycje pod wpływem coraz bardziej dominującej awangardy, przeobrażały się w ekspozycje sztuki głównie współczesnej, co
trwa do dzisiaj. Biennale organizowane są co dwa lata (te nieparzyste) i trwają kilka miesięcy. Tytułem wstępu, który każdy w sumie zna.

Tegoroczne Biennale to już 53 międzynarodowa wystawa. Głównym organizatorem jest Daniel Birnbaum, od 2001 rektor Staedelschule Frankfurt/Main.

Fare Mondi/Making Worlds to hasło, tytuł spinający wielką międzynarodową klamrą zbiory ponad 90 artystów z całego świata. Dyrektor wyraźnie podkreśla, że interesuje go zaakcentowanie samego procesu kreacji. Dzieło sztuki nie jest tylko jakimś obiektem, dziełem samym w sobie (ci, co nie zgadzają się niech podniosą głos!), jest przede wszystkim odpowiedzią na współczesny świat, jest mową na poczet życia. Jedyne, co decyduje o zakwalifikowaniu czegoś jako sztuki, to poważne potraktowanie czyjegoś działania, czyjejś pracy i spojrzenia na świat poprzez ekspresję. To jest stwarzanie świata.

Sztuka nie rozróżnia narzędzi pracy, nie zależy od formy prezentacji, dlatego na Biennale znajdziemy tyle różnorodności, które choć utkane z odmiennej materii, artykułujące inne tematy, dotyczą jednego: wizji świata.

Artyści mówiący swoimi prywatnymi językami, niekoniecznie mówią swoim narodowym językiem.

Żyjemy w czasach globalizacji, dyfuzji myśli i form, stąd nie warto w pawilonach szukać ducha narodu, bo te granice już dawno się zatarły. Przed wejściem do parku Giardini i Arsenale zostajemy z jedną wątpliwością: czy te nowe światy wynurzą się z miejsca spotkania innych światów, tych prezentowanych przez nas samych?

Moja pierwsza wizyta w Wenecji. Moje pierwsze Biennale Sztuki Współczesnej. Biegałam z mapą po całym parku, notowałam co ciekawsze wystawy. Momentami zdegustowana, momentami oniemiała poruszałam się po tym labiryncie sztuki przez cały dzień. Teraz już wiem, że za krótko.

Na szczególną uwagę zasługują w rankingu Rusia 2009:

Tomas Saraceno z pochodzenia Argentyńczyk, obecnie żyje i tworzy w Frankfurcie nad Menem. Jego prace to przede wszystkim ogromne instalacje w plenerze, zachwycające swoją formą. W Palazzo delle Esposizioni można się skonfrontować z wielką konstelacją lin i kół, które nas oplatają.
























Fiona Tan i "Disorient". Jej prace poruszą każdego, kto interesuje się problemem pamięci, zwykłością życia przepełnioną magią. Chyba każdy marzył o huśtawce w domu
prawda? Pooolecam: http://www.fionatanvenice.nl/disorient/


Pawilon rosyjski również należy do moich ulubionych i to wcale nie z powodów prywatnych! Gosha Ostretsov to artysta balansujący między współczesnością a awangardą. Porusza problemy Rosji, która prawdopodobnie nigdy nie zrzuci maski
suwerennego państwa, troskliwie patrzącego na obywatela. To, co widzimy na Biennale to instalacja z rupieci, pamiątek pokrytych kurzem, zdezelowanych i pogryzionych przez czas. Skansen współczesnej Rosji.






























I mój ulubieniec Anatoly Shuravlev, mający bzika na punkcie lingwistyki i semiotyki. W swoich pracach skupia się przede wszystkim na relacjach między signifiant i signifie. "Black Holes" jest instalacją pokazującą jego zainteresowanie do fotografii i filozofii z nią związaną. W szklanych kulach umieścił mikroskopijnej wielkości zdjęcia znanych i sławnych ludzi z telewizji, świata polityki, międzynarodowego Pudelka. Widzimy ich jakby przez kosmiczny dystans, pomniejszenie, nie możemy dostrzec ich w całości. Oni nas tylko otaczają.
















Jednak zdecydowanym moim faworytem na tegorocznych biennale był pawilon skandynawski, a właściwie jeden wielki modernistyczny dom, gdzie każda zwykła-niezwykła rzecz-przedmiot nabierała innego znaczenia. Wchodzimy do czyjegoś
mieszkania, gdzie otacza nas czyjeś życie, czyjeś fikcyjne historie. Rozczłonkowana przestrzeń wielkiego domu podzielona jest na poszczególne części mieszkalne. Widzimy kuchnię z filiżankami niedopitej kawy, wymiętoszony fotel, gigantyczną wnękę w podłodze wyłożoną poduszkami, wszystko do użytku publicznego, tylko pamiętaj, żeby zdjąć buty, głosi napis. Mijamy łazienkę między dwoma wielkimi drzewami, których
szczyty znajdują się już poza okiem domownika. Owa toaleta otoczona jest szklanymi ścianami a zamiast po posadzce stąpa się w tym kosmicznym domu po otoczakach. Przemierzając czyjąś prywatną przestrzeń docieramy do stanowiska pracy, poznajemy
jedną z wielu historii mieszkańców tego domu. To pisarz powieści erotycznych, wyraźnie zaznacza, że jest modernistycznym twórcą. Niezwykły pomysł na teatralizację
przestrzeni, na połączenie sztuki i życia i wyobraźni i chłodnej skandynawskiej architektury wnętrza. A przed domem w basenie tonął manekin. "The Collectors" lubię najbardziej.

Do ciekawych, łapiących w pułapkę psikusów zaliczyłabym czeski pawilon, który był rekonstrukcją tego, co znajdowało się na zewnątrz. Trochę tak jakby ktoś krzyknął: nie zauważasz człowieku sztuki?

Trudno spamiętać wszystko, co się widziało. W głowie zostało pewnie tylko to, co miało zostać. Nic więcej nie dodam.

z wyrazami szacunku dla znakomitego polskiego poety Janusza B.
aga.

piątek, 9 października 2009

Pingwini i inni im podobni

Wydano w końcu w naszym pięknym kraju, pełnymi pięknych, smukłych, prawych i przede wszystkim "porządnych" ludzi książkę dla dzieci, która budziła ostatnimi laty wiele kontrowersji. Chodzi o "z tango jest na troje" - opowieść wydaną oryginalnie w Nowym Yorku w 2005 roku. Historia jest oparta na faktach i traktuje o parze dwóch samców pingwinów, którzy wysiadują jajko, a następnie wychowują małe pingwiniątko. Zachowanie takie jest wcale nie obce temu gatunkowi, ale z uwagi, że całe wydarzenie miało miejsce w Zoo w Central Parku, sprawiło że ptaki stały się ulubieńcami liberalnych mieszkańców Manhattanu Co prawda, nie obyło się bez kłótni w całej Ameryce - pozwów o propagowanie homoseksualizmu, deprawację dzieci itp. itd., ale w końcu trafiła ta książeczka również nad Wisłę. Jest kolejną z cyklu (choć z zupełnie innego wydawnictwa) prezentacją tematów trudniejszych i omijanych przez dorosłych, a o których dzieci powinny coś wiedzieć. Przedtem poczytać można było m.in. o kupie, czy o śmierci.
Poparta całym szeregiem spotkań, dyskusji i wspierana przez środowiska homoseksualne "z tango jest nas troje" już zdążyła wzbudzić uznanie, jak i sprzeciw (ktoś tam z Pisu coś tam protestuje).
Wiadomo, że co kontrowersyjne, to przyciąga, więc zerknąłem do tej niewielkiej, ilustrowanej książeczki autorstwa Justina Richardsona i Petera Parnella... i przyznaję, że jakkolwiek temat jest bardzo słuszny, to samo dzieło trochę mniej. Pośród kolorowych rysunków, które nie wyróżniają się niczym szczególnym dostajemy prostą historię o dwóch pingwinach, które najpierw wysiaduję kamienie, a kiedy ich opiekun podrzuca im jajo - zostają rodzicami z prawdziwego zdarzenia. Jeśli tylko opuścić całą atmosferę kontrowersyjności otrzymujemy nijaką historyjkę, która szybko blednie w pamięci. Wątpię, żeby dziecko po przeczytaniu wracało do niej i traktowało z nabożeństwem, a potem przez całe życie wspominało: "miałem kiedyś taką książkę...".
Idea wydania (przez Pana Roberta Biedronia) i propagowania tej bajki (to zresztą mało adekwatne określenie), jest jak najbardziej wskazana w procesie edukacji najmłodszych w duchu tolerancji. Trudno jednak promować ją na siłę, skoro jest tak naprawdę nijaka.

Zgrabnie teraz przeskakując na następny temat, a pozostając też jedną nogą w homoświatku - prezentacja ARTYSTY przez duże A, który tworzy komiksy cośkolwiek obrazoburcze, ale jeśli ktoś ma elastyczne poczucie humoru - ubawi się na pewno. Ojciec Rene tworzy jednoplanszowe żarty, lub trochę dłuższe historię, w których przeważają wszelkiego rodzaju i wielkości penisy, żarty o analu, a także parodie świata komiksowego (z Hellboya zrobił, co oczywiste - Hujboya). Prowadzi swój blog, ale jego prace można podziwiać na Komiksomanii, albo nawet wręcz zakupić podziemne i plugawe wydanie przygód Hujboya na allegro. Polecam czytać o Ojcu Rene na zmianę z informacjami na temat nowej płyty Anity Lipnickiej - niezapomniane połączenie.

Zgrabnie przesuwając się w stronę filmu, już bez wątku homoseksualnego, warto wspomnieć o nowej animacji Tomasza Bagińskiego (który się bardzo pracowity zrobił ostatnio - tylko żeby wspomnieć Kinematograf, Hardkor 44, czy mapę wojennej warszawy). Jednak "Bieg", który można podziwiać na stronie Lecha, nie zadziwia niczym szczególnym i plasuje się między reklamą, a przeciętną animacją. Tak czy siak jest niedługi - obejrzeć można.

czwartek, 1 października 2009

Przerwa, jak widać, przerwa

Jak na razie nie do końca wiemy, czy ktokolwiek nas czyta. Z przyszłością wiążemy ogromne plany - będą nas czytać miliony, zygżdyliony, gazyliony. Czarni, biali, żółci, paru czerwonych - dokładnie w tej kolejności (aby nie być posądzonym o rasizm). Królowie i Królowe, książęta, księżniczki i książeczki, głowy państw (Lecha K. sfotografujemy jak nas czyta i zdjęcie sprzedamy za grube pieniądze do Faktu) i inni tacy. Nawet papież nas będzie czytał! Ten aktualny, a także, jak bóg mi świadkiem - ten prawdziwy, nasz, poprzedni. Do tego czasu, pewnie nas nikt nie czyta. I dobrze - nikt nie zauważył mniejszego, lub większego zastoju na blogu. Zastoju spowodowanego dużą mobilnością autorów, którzy się rozjechali na wszystkie cztery strony świata, czyli na południe, południowy - wschód i dalsze południe. Ale internet - tak jak biegunka - występuje pod każdą szerokością geograficzną. Więc jak się pozbieramy i odzyskamy trzeźwość umysłów, przystąpimy do pracy.

Zresztą nie aż tak dużo się wydarzyło w Polsce ostatnio, aby hałas czynić i bić w tarabany i ojciec do Zosi zapłakany:
W Białostockiem zdarzył się cud, Behemoth wydał dobrze przyjętą płytę (zacny teledysk), Zygmunt Bauman założył bloga (cwaniaczek - jak się chcesz Zygmuncie ścigać - podniesiemy rękawice; no może jak będzie trochę więcej czasu).
Trochę imprez teatralnych (wrocławski dialog, lubelskie konfrontacje) się zbliża. Zaczyna się najważniejsze święto dla fanów komiksu - MFK ver.20.0 - nic tylko składać życzenia i żałować, że udać się nie można.
No i szeroko znana, wychwalana od Uralu, po Racibórz, piosenkarka poznańska (choć możliwe, że trochę przesadziłem i zna ją tylko parę osób w Poznaniu) - Rebeka Skwarek uraczyła nas w końcu swoją myspacecową stroną. A jej niesolowy zespół nakręcił przykładny "trailer" swojej twórczości i umieścił go na portalu internetowym o nazwie youtube. Może kiedyś uda się jej przebić popularnością Zbigniewa Wodeckiego? Kto wie.

Te wyżej wzmiankowane przedsięwzięcia kulturalne i tak nijak się mają do cudu w Białostockiem. Sytuację będziemy śledzić i poinformujemy jeśli coś. A jak nie coś, to powrócimy z życiem blogowym niedługo.

środa, 9 września 2009

Remanenty daleko za Horyzontem.

Miesięczne opóźnienie może niekorzystnie wpływać na świeżość każdej sztuki mięsa. Ja podejmę jednak ryzyko i cofnę się jeszcze do ENH anno domini 2009. Nim spłoną żółte kalendarze i zabrzmi nie znające litości „robaczek w swej dziurce jak docent za biurkiem” wypadałoby napisać o najnowszych dokonaniach twórców znanych i lubianych, które to w najbliższym czasie wejdą do dystrybucji.Zacznijmy od premiery oczekiwanej najgłośniej. Mowa tu o nowym dziele Pedro Almodóvara o jakże zręcznie brzmiącym polskim tytule Przerwane objęcia

Film nie wymaga większej reklamy, wszak multipleksy kraju już zostały przyozdobione licem Penelopy, a Almodóvar od dawien dawna funkcjonuje jak marka. Tym razem Hiszpan opowiada nam zawiłą historię miłosnego trójkąta pomiędzy reżyserem, aktorką i producentem milionerem. Intryga na miarę telenoweli, napięcie rodem z filmu noir, chronologiczne przeskoki, nawiązania do arcydzieł kinematografii – to wszystko sprawia, że film ogląda się bardzo przyjemnie. Pedro ogłosił „Przerwane Objęcia” deklaracją miłości do kina. Widocznie darzy on równie wyjątkowym uczuciem Penelopę Cruz, robi bowiem wszystko, by ta z filmu na film wyglądała coraz bardziej zachwycająco.

Irytuje mnie procedura określania stopnia almodorovatości w almodovarze wraz z każdym projektem Hiszpana, jednak w przypadku tego filmu to właśnie element filmowego autotematyzmu – charakterystyczny dla stylistyki Almodo podobał mi się najbardziej. Dyfuzję pomiędzy filmem, a filmem w filmie Hiszpan opracował już do perfekcji. Motyw filmu wpada w Objęcia na samym początku ze względu na profesje bohaterów. Podwójne tożsamości i odgrywane role zaczynają wyznaczać równoległą oś opowiadania. Kluczowe znaczenie dla rozwiązania akcji ma symboliczna ingerencja w Mateo/Harrego w jego dzieło sprzed lat.

Choć w mej opinii nowy Almodóvar jest miły, są tacy u których nie wywołuje rumieńców. Z pewnością na tle Przerwanych objęć prze blado wygląda nowe potomstwo Wima Wendersa. Nie da się bronić filmu dedykowanego Antonioniemu i Bergmanowi tylko na podstawie zgrabnie dobranej tracklisty. Wenders przeszarżował i wielu już rozpisało się na temat pretensjonalności Spotkania w Palermo (tutaj polecam szczególnie). Jeśli jednak jesteś fanem Die Toten Hosen i uważasz, że personifikacja śmierci ukazująca się bohaterowi powinna mieć twarzy zmarłego członka jego rodziny, sprawdź to koniecznie! Ja cierpiałam katusze i dygoty i zadręczałam się myślami o tym gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Berlin, gdzie Lizbona, gdzie Paryż, gdzie Texas. Metafizyka to jedyne czego nie trzeba szukać w Spotkaniu w Palermo. Metafizyka po kostki, żeby można było w niej bez celu pobrodzić.

Filmem – rewelacją, którego premiery warto wyczekiwać jest tegoroczny laureat Złotej Palmy „Biała Wstążka” Michaela Hanekego. Biała Wstążka to kino surowe, o czarno białych pieczołowicie wymuskanych zdjęciach, powolnym tempie, świetnie dogranej ścieżce dźwiękowej. 154 minuty na jednym wdechu, w klimacie pełnym napięcia choć pozbawionym fajerwerków. Film intensywnie angażuje widza i robi piorunujące wrażenie nie tylko przez względy formalne ale przede wszystkim poprzez uniwersalny wymiar historii.
Akcja filmu toczy się w niemieckiej wsi tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Haneke kreśli portrety mieszkańców pokazując życie codzienne tradycyjnej patriarchalnej społeczności. Gdzieś pośród obowiązków, w uświęcony cykl roku wkradają się niepokojące zdarzenia, kryjące za sobą tajemnicę. Czas akcji konotuje interpretacje, jakoby Haneke badał u źródeł narodziny faszyzmu. Jakkolwiek można zarzucać takiemu odczytaniu zbytnie upraszczanie, Biała wstążka to przede dobrze opowiedziana historia, oglądając ją równie dobrze można abstrahować od kontekstów i rozpatrywać w skali mikro. Fabuła choć (dzięki wprowadzeniu narratora) obserwowana z dystansu czasowego, wciąga widza w spójny, pełen żywych emocji świat bohaterów. Wszystko co najważniejsze nie zostaje dopowiedziane,bo biała wstążka nie musi być wcale gwarancją niewinności.

Swoim nowym filmem zaskoczył publiczności Francois Ozon. O Rickym można było przeczytać, że to wynik spotkania reżysera z twórcami Amelii. Realizm magiczny to kolejna z rzędu szufladka w której Ozon próbuje swoich sił i dobrze sobie radzi. Zachowując kolejność członów (1. realizm 2. magiczny), w pierwszej części obserwujemy realizm w pełnej krasie. Do połowy nie powstydziłby się Rickiego żaden z braci Dardenne. Samotnie wychowująca dziecko matka pracująca w fabryce, romans z jednym z robotników, ciąża, poród. Jako, że dla drugiej części zarezerwowany został powyżej termin magiczny, tytułowy Ricky jako niemowlę okazuje się dzieckiem - niespodzianką. Historia nabiera lekkości, pół sali kinowej wybucha raz po raz gromkim śmiechem, część jest zdezorientowana poetyką ala neverendingstory. Cokolwiek by sobie Ozon nie wymyślił, daje dowody swej wszechstronności, potrafiąc zręcznie puścić oko w kierunku widza.

Oprócz wyżej wymienionych warto wspomnieć jeszcze o kilku tytułach, których wejście do kin jest planowane. Po pierwsze „Białe szaleństwo” ironiczna, zabawna wariacja na temat „Prostej historii” Lyncha w wersji na skuter śnieżny. Film ze Skandynawskim polotem i świetnymi dialogami. Łakocie i witaminy. PS.Jest tam też niezawodną metoda na osiągnięcie stanu upojenia alkoholowego przy minimalnych nakładach :)

Po drugie „Serafina” kameralna historia oparta na biografii Séraphine Louis - malarki prytmitywistki. Malowanie w jej wydaniu jest przeżywaniem sacrum, wyrazem najpełniejszego zachwytu nad światem. Film skromny i wywołujący permanentny delikatny uśmiech, a przy tym zapełniający luki w edukacji historycznosztucznej.

Wreszcie po trzecie Tlen w reżyserii Ivana Vyrypayeva. Romantyczna historia opowiedziana niezwykle dynamicznie w 10 wideoklipach. Wyrpajew drugi po Euforii film kręci na podstawie własnej sztuki teatralnej. Sasza spotyka Sańkę, ta rudowłosą piękność, uzależniający czysty tlen, sprawia, że jest w stanie zerwać z dotychczasowym życiem. Formalnie nowatorska symfonia wielkiego miasta, kwintesencja kultury MTV, rewelacyjna Karolina Gruszka x2.
Tlen udowadnia, że o prostych i starych jak świat motywach takich jak miłość, zbrodnia, nienawiść, da się mówić w zaskakująco świeży sposób. Piękne zdjęcia pozwalają przymknąć oko na momenty, w których reżyser zaczyna stąpać po niepewnym gruncie i miesza w miłosną historię przyciężkie motywy Dżihad vs McŚwiat. Pomimo całej niesympatii jaką reżyserowi udało się wzbudzić na spotkaniu poprojekcyjnym nagroda w konkursie nowohoryzontowym w pełni zasłużona.Polecam popatrzeć
Pus
PS. Na szczęście już o ENH ciągu dalszego nie będzie:)

piątek, 4 września 2009

Get off

Tym razem prezentujemy wpis gościnny - przed państwem Joanna W. o Off Festivalu:

Wszystkim poszukującym tego co najświeższe i najciekawsze na scenie muzycznej polecam udanie się do Słupna Parku w Mysłowicach. Tam po raz czwarty odbył się OFF - największy festiwal muzyki alternatywnej - w tym roku dłuższy i jeszcze bardziej międzynarodowy". Przyjemne wrażenie sprawiał doglądający swej zagrody dyrektor artystyczny festiwalu. To, że nie celuje się tu w gwiazdy z pierwszych stron gazet ani w ilość uczestników, ale bardziej dba o atmosferę, tworzy ten festiwal naprawdę sympatycznym.

Specyfiką tego wydarzenia jest przede wszystkim przyjemność, jaką sprawia odkrywanie nowych brzmień. Większość z koncertów jest niespodzianką. Kolejny występ znanego zespołu nie daje takiej frajdy jak odkrycie czegoś nowego. A odkryć było wiele. Tak jak wiele było damskich wokali.
Tres.b w zastępstwie Loco Star zafundował miły, melodyjny pop z mnóstwem pozytywnej energii i baniek mydlanych. Biff dużo lepiej sprawdził się na małej Scenie Leśnej w Mysłowicach niż na Scenie Głównej zeszłorocznego Open’era, gdzie zwyczajnie zginął w zbyt dużej przestrzeni. Ekscentryczna Micachu z zespołem the Shapes zgrabnie połączyła elektronikę z tradycyjnymi instrumentami tworząc coś, czego sama nawet nie nazywa. Występowi w leśnej scenerii towarzyszyły świetne wizualizacje.

Gdy na rusztowaniu pojawił się podstarzały klatrus w slipach męskich krzyczących wszystkimi kolorami tęczy wydawało się to niezłym performancem , tym bardziej, że cała sprawa opierała się na czynnym udziale publiczności, wyraźnie chcącej poczuć pot Ami Shaleya na własnej skórze. Warto dodać, że izraelski zespół zupełnie nie traktuje sceny jako miejsca, na którym się gra- oni grają wśród publiczności, są przez nią noszeni na rękach, włażą na rusztowania . To mieszanka zbiorowego szaleństwa połączonego z zaaranżowanym seansem medytacyjnym i całkowitą władzą nad słuchaczami. The Monotonix są katalogowani jako zespół spod znaku garażowego grania i alternatywnego rocka. Mimo tego, że nagrania w studiu brzmią muzycznie dużo lepiej, dla mnie pozostają ciągle pod znakiem garażu i występ zaliczyłabym bardziej do czegoś w rodzaju ciekawego wydarzenia, któremu nie można odmówić mnóstwa energii i zabawy.

Warta przywołania jest poznańska Grupa Kot. Świetny pomysł na wizerunek sceniczny , osobliwe instrumentarium w postaci dwóch magnetofonów kasetowych, melorecytacja Bąkowskiego bez mimiki twarzy za to z nerwową gestykulacją zwiastującą jakąś nieuniknioną apokalipsę. Bąkowski wywodzi się z grupy artystycznej Penerstwo charakteryzującej się silną ekspresją i nawiązującej do określenia, które tylko poznaniak podskórnie wyczuwa, czyli pewnego rodzaju syfiarstwa obyczajowego.
W twórczości Grupy Kot rodzajem używanej ekspresji jest słowo stawiane na równi z dźwiękiem, tworzące spójny komunikat. Panowie nie boją się dotykać kwestii szkolnych - „Mamnaganne” jak i religijnych wyznań - „Jestem księdzem”, wszystko to w atmosferze grozy, pełne przerywanych powtórzeń powodujących narastające napięcie i poczucie, że naganne zachowanie to dopiero dramat. Całe szczęście napięcie jest szybko rozładowywane dodawanym systematycznie przez wokalistę naiwnym -„no”.

Na Miłość długo się czeka. Nie wszystkim udaje się trudna próba cierpliwości. Wśród publiczności dało się słyszeć wykrzykiwane z rozżaleniem : „miłości nie ma!”. Małe opóźnienie dało się rzecz jasna wybaczyć komuś takiemu jak Leszek M. Jemu wybaczę nawet niekorzystną zmianę fryzury. Nie ukrywam natomiast, że mam wielkie pretensje do organizatorów, że koncert został umieszczony na szarym końcu. Doprowadziło to do braku przytomności, która w jazzie (a raczej przy tej okazji - yassie) jest niezbędna. Grupa Miłość, specjalnie reaktywowana na tą okazję, tak czy inaczej zafundowała nam prawdziwą dźwiękowa ucztę na koniec dnia.

Program został ułożony tak, by ułatwić przemieszczanie się i zobaczenie możliwie jak największej liczby zespołów, jednak czasami nie zdawało to egzaminu. Podczas luki programowej, koncert odbywał się tylko na scenie Trójka offensywa a jako, że było to wieczorową porą, wiało chłodem i większość festiwalowiczów czekała na the National - tłumy waliły do namiotu. Skończyło się potwornym ściskiem ale i wspólnym radosnym przytupem. Deski namiotu nie wytrzymały takiej dawki entuzjazmu i najzwyczajniej w świecie na znak protestu strzeliły. Organizatorów w swoim imieniu przepraszam.
Wielki plus daję za solidnie przygotowany katalog formatu ciut większego niż kieszonkowy, z opisami i zdjęciami zespołów - znacznie ułatwiał poruszanie się w gęstwinie w większości przeze mnie nieznanych zespołów.
Nie mogę nie odnieść się do warstwy gastronomicznej,jako że jest mi ona bardzo bliska. Zostałam zagorzałą fanką pierogów ze szpinakiem sprzedawanych w dizajnerskim wozie zaprojektowanym na wzór „czeskiego snu”. Większy wybór produktów na gastro niż tylko dymiąca kiełba cieszy chyba nie tylko mnie.
Każdy mógł znaleźć tu coś dla siebie. W razie zmęczenia można było spocząć na pufach i wysłuchać na przykład genialnej Gaby Kulki. Umieszczenie scen w lesie czy na plaży jeszcze potęgowało ilość pozytywnych wrażeń, a jeśli komuś nadal było mało-imprezie towarzyszyły wystawy oraz całodobowe kino wzorowane na amerykańskich grindhouse’ach. Pozostaje mi tylko przyznać, że Artur Rojek nie kłamał śpiewając, że naprawdę na dużo go stać.

czwartek, 3 września 2009

Heil Kino!

Jak obiecałem, pora powrócić i ostatecznie się rozprawić z Letnią Akademią Filmową. Jednocześnie słów parę o nowym Tarantino, którego polskie ekrany jeszcze nie ujrzały, ale wszystko w swoim czasie.

Joseph Goebbels nosił tytuł doktora Uniwersytetu w Heidelbergu, założyć możemy więc że był całkiem inteligentnym człowiekiem. A że był przy tym w miarę na bieżąco z nowinkami ze świata - zdawał sobie sprawę, jaką siłą dysponuje ruchomy obraz. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że kiedy został ministrem propagandy III Rzeszy, szczególnie upodobał sobie X muzę. Podczas LAFu mogliśmy "podziwiać" dzieła tworzone
w latach 1939 - 1943 pod jego patronatem.
Jeśli ktoś chciałby te filmy oglądać absolutnie obiektywnie, mędrca szkiełkiem i okiem, to skazuje się na prawdziwe męki. Doktorat ministra propagandy dotyczył osiemnastowiecznego dramatu romantycznego - więc pompatyczny kicz Goebbels przyswoił sobie w procesie edukacji, a że o sztuce wielkiego pojęcia nie miał świadczy Wystawa Sztuki Zdegenerowanej w Monachium w 1937 roku. Hołdował po prostu klasycystyczno - pompatycznemu gustowi Hitlera. Takie właśnie są te filmy. Pretensjonalny, łzawy melodramat "Będę cię na rękach nosił", opowieść o powracających na swoje Niemcach - "Powrót", czy z rozmachem nakręcona opowieść o najsłynniejszym transatlantyku w dziejach - "Titanic". Wszystko to oczywiście z propagandą w tle, a czasami nawet na pierwszym planie.
Najlepszym i najbardziej znanym tego przykładem - klasyką kina propagandowego i sztandarowym filmem antysemickim jest oczywiście film Veit'a Harlana - "Żyd Süss". Opowieść o kupcu żydowskim, dla którego głównym celem w życiu są pieniądze i za nic ma dobro innych, kipi antysemityzmem i... w zasadzie to wszystko. Fabuła dość nudna, aktorstwo przeciętne. Film można obejrzeć tylko jeden raz - obejrzeć z uwagą na to, czemu miał służyć. Więcej niż raz nie warto się katować.
Kolejnym dziełem, miej lub bardziej, wartym zapamiętania jest Titanic. Wielka, z rozmachem prowadzona produkcja z roku 1943, nie jest tak oczywista jak dzieło Harlana. Nie ma w niej ani jednego Żyda, ani innych przedstawicieli "niższych ras", którymi naziści pogardzali. Cała intryga plącze się wokół konfliktu między właścicielem firmy White Star, któremu zależy na jak najlepszych osiągach Titanica, nawet jeśli ma to zagrażać dobru pasażerów, a mądrym i rozważnym niemieckim oficerem. Mamy tam również historie miłosne (wątek melodramatyczny został później podobno skopiowany przez twórców Cameron'owskiego Titanica - ja się nie dopatrzyłem), wystawne życie burżuazji i imponujące sceny morskie. Interesujący jest ten tytuł jednak z dwóch zupełnie innych powodów:
Po pierwsze - jako jedyne dzieło kinematografii III Rzeszy był rozpowszechniany na terenach ZSRR i im podległych. Cieszył się sporą popularnością i gromadził tłumy aż do połowy lat 50-tych.
Po drugie - sceny morskie, jak i większość filmu, kręcony były w Zatoce Gdańskiej, a bazą wypadową dla filmowców było sopockie Molo.
Jest też również zawiła historia powstania tego "Titanica". Mianowicie podpisanych jest pod nim dwóch reżyserów. Herbert Selpin, oraz Werner Klingler, który film dokończył po śmierci tego pierwszego. Jedna z (wielu) historii mówi o tym, że Selpin popadł w niełaskę Goebbelsa, ponieważ na swoje nieszczęście miał urodziwą żonę, która przypadła do gustu ministrowi propagandy. Druga historia, w którą jestem bardziej skłonny uwierzyć mówi o konflikcie między Selpinem a aktorami. Większość z nich była naturszczykami - żołnierzami. Swoim nieprofesjonalizmem zdenerwowali reżysera do tego stopnia, że obrzucił ich inwektywami w stylu: "wy nazistowskie miernoty". Nie minął ten incydent uszu Goebbelsa - Selpina uwięziono w areszcie sopockim, gdzie znaleziono go następnego dnia z nogami dyndającymi w powietrzu. Film dokończył Klingler.
Jak widać - kino III Rzeszy anegdotami i propagandą przede wszystkim stoi, a nie poziomem artystycznym.

Dlaczego o tym piszę? A i owszem, świętujemy (raczej upamiętniamy) wybuch II wojny światowej. Ale nie tylko. Czekamy również aż do kin w Polsce wejdzie najnowsze dzieło Quentina Tarantino - "Inglorious Basterds", który jest (między innymi) hołdem złożonym kinu niemieckiemu lat 20 i początku 30-tych, jak i pastiszem Goebbelsowskiej maszynki do robienia filmików.

Żeby choć trochę wydać się obiektywnym powiem, że trailery wyżej wzmiankowanej produkcji nie podobały mi się ani trochę. Byłem przekonany, że wyjdzie z tego jakiś przeładowany tanimi efektami film wojenny połączony z komedią o Hitlerze. I przez pierwsze 2-3 rozdziały miałem wrażenie, że czegoś mi brakuje. Jakbym oglądał Tarantino, który za bardzo uwierzył w swój styl.
Jak bardzo się myliłem przekonałem się w momencie, kiedy z ekranu zaczynają się sypać odniesienia do przednazistowskiego kina niemieckiego, a alianci rozpoczynają "Operation KINO".
"Inlgourious Basterds" podzieliło Cannes - byli tacy, którzy zmieszali film z błotem i tacy, którzy potwierdzali wysoką formę "mistrza". Najbardziej do gustu przypadło mi sformułowanie, że Tarantino stworzył swoją własną wersję "Cinema Paradiso" - poza obowiązkowym, dla tego twórcy, motywem zemsty, dostajemy opowieść o magii kina, która jest silniejsza od rzeczywistości. Mówiąc zwięźle - reżyser "Pulp Fiction" nakręcił taki film o nazistach, jaki wszyscy chcieli zawsze obejrzeć, a którego nikt nigdy nie stworzył. To marzenie spełnia się przy użyciu (dosłownie i w przenośni) taśmy filmowej. Jeśli wybierzecie się do kina, to sami zobaczcie, jak oczarowani będziecie, w momencie gdy wszystko wybucha i staje w płomieniach.
Proszę o wybaczenie, jeśli jestem zbyt enigmatyczny, ale zdradzanie szczegółów fabuły byłoby w tym wypadku zbyt poważnym wykroczeniem. Chętni znajdą je w przeróżnych, obcojęzycznych recenzjach - dla mnie taka zdrada krwi wymaga. Nie mówię więc nic.
Można mieć duży problem, jeśli chce się "Inglorious Basterds" traktować jako film w bezpośrednim znaczeniu tego słowa. Dzieło to jest raczej zlepkiem wyrazistych scen uzupełnionych komentarzami z offu. Jak w poprzednich produkcjach spod znaku Tarantino tak i tutaj mamy całą plejadę zapadających w pamięć postaci - genialny Christoph Waltz jako dwulicowy Hans Landa (zgarnął jedyną nagrodę w Cannes dla filmu), czy Brad Pitt, który udowadnia swój talent komediowy rolą Aldo Raine'a, poustawianych w przeróżnych konfiguracjach. Wszystko to upiększone wyśmienitymi dialogami, do których wysokiego poziomu już chyba większość widzów się przyzwyczaiła.
Obawiam się jednak, że muzyki - takiej do jakiej nas Tarantino przyzwyczaił, takiej, która leciałaby później miesiącami z każdego głośnika w mieście - takiej tutaj nie znajdziemy. Mamy, a i owszem, świetne utwory ilustrujące akcję (przede wszystkim "zrabowane" przez reżysera z innych filmów, ze spaghetti westernami na czele), ale żadnej melodii raczej nucić po wyjściu z kina nie będziemy.
A obiecane kino niemieckie? Jest i ono. Z tymże nie mamy tutaj "kina w stylu...", jak w Grindhousie - otrzymujemy za to sporą dawkę odwołań i aluzji (których często rozgryźć nie umiałem, lub przeoczyłem) do tamtego okresu w historii kinematografii. Przy czym jest to tak przemyślnie wplecione w fabułę, że gładko komponuje się ze śmiałym podejściem do kina, które prezentuje Tarantino.
Jedną tylko rzecz trudno oceniać teraz - myślę że przyjdzie nam jeszcze parę lat poczekać zanim dowiemy się na ile jest prawdziwa. Zaintrygowani? Zapraszam do kina ocenić, na ile ostatnie słowa "Inglorious Basterds" wypowiadane przez Brada Pitta zgodne są z prawdą.

Janusz

PS. Polecam przed seansem przypomnieć takie nazwiska jak Riefenstahl, Jannings, czy Pabst - ta wiedza może uprzyjemnić trochę oglądanie.

czwartek, 27 sierpnia 2009

LAF

Nie dość, że ENH skończyły się wieki temu, to już nawet strony z pamiętnika zapisane wspomnieniami ze Zwierzyńca zdążyły zżółknąć. Dlatego ze wstydem i zażenowaniem (że robię to tak późno) zabieram się do podsumowania 10 edycji (rok dłużej niż Era!) Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu.

Słowem wstępu i przybliżenia sytuacji geopolitycznej:
Jest takie miasto na południowo - wschodnich kresach Polski, zwane Zamościem, którego prezydentem jest, a jakże! - Zamoyski. 30 km od tegoż grodu znajduje się mała, parotysięczna mieścina - Zwierzyniec. Sklepy otwarte do 24, jedno kino, stary browar, który już został wykupiony przez większą firmę i jakieś 3 tysiące dusz, w większości zajmujących się wypożyczaniem turystom kajaków, lub zapewnianiem im wiktu i opierunku.
W tą uroczą część Roztocza zjeżdża się raz do roku towarzystwo z Lublina pod wodzą Piotra Kotowskiego i przekształca wszystkie możliwe sale gimnastyczne, budynki gospodarcze i tereny publiczne w kina. Nie należy więc wymagać wielkoekranowych, klimatyzowanych sal na 300 osób - wszystko jest oczywiście profesjonalne, ale profesjonalne na tyle na ile to możliwe.
Era to nowe horyzonty, czasami zachwycające, czasami nie do zniesienia. LAF z kolei to kino zapomniane, nieznane, mniej znane, niepopularne, czy skreślone, ale na pewno przystępne widzowi. Tak więc w tym roku mieliśmy szereg bloków tematycznych absolutnie wszelakiej prowieniencji. Od szeroko reklamowanego jako "najważniejszy włoski reżyser zaraz za Fellinim" Pupi Avatiego (w którego wielkość bardzo wątpię i znając lepszych włoskich reżyserów, tego pominę milczeniem), przez filmy, których motywem wspólnym były pociągi, złotą kolekcję Sputnika, aż po kino pod okupacją, czyli niemieckie filmy propagandowe czasów III rzeszy (do których jeszcze powrócę). To jednak nie wszystko.
Podczas cyklu "Alchemia Kina" można było spróbować uchwycić istotę kina i to co w nim jest takiego hipnotyzującego oglądając takie klasyki "Cinema paradiso" (jedna z piękniejszych scen końcowych, jakie widziałem), "Purpurowa róża z kairu" (tu przydałaby się jeszcze polska "Ucieczka z kina wolność", ale nie narzekajmy), czy "Osiem i pół" - jeden wielki kinowy żart.
"Stronnicza historia polskiego kina" oferowała przekrój przez to, co powinno być znane, a z różnych powodów nie jest. Od pierwszych czarno - białych, niemych produkcji, aż po koniec PRL-u. Niektóre z tych filmów były swoistymi ciekawostkami, jak np. "Na Sybir" - pierwszy polski film dźwiękowy, ale można było też wyszukać prawdziwe arcydzieła, które z różnych powodów zawieruszyły się gdzieś i zapomniały się. Takim niesłusznie zakurzonym dziełem jest z pewnością (niemy jeszcze) "Policmajster Tagiejew" (na podstawie noweli Gabrieli Zapolskiej) z fenomenalnym Bogusławem Samborskim w roli tytułowej. Specjalizował się on w rolach czarnych charakterów, co świetnie widać w Policmajstrze. Niestety za rolę w antypolskim "Powrocie" ("Heimkreh" -1941 - też pokazywany na LAFie) został przez podziemie skazany na infamię i uciekł do Austrii, gdzie występował pod pseudonimem, żywota dokonał na wygnaniu w Argentynie.
Pośród dziesiątek innych filmów zgromadzonych w tym cyklu (które są teraz na liście "do obejrzenia"), pośród dzieł Kutza, Hasa, Wajdy, Żuławskiego wybrałem, przypadkiem trochę, "Pokój z widokiem na morze" Janusza Zaorskiego. Kino Moralnego Niepokoju w czystej formie, trzymająca w napięciu historia, która zaskakuje tam gdzie, jak się wydawało, zaskoczyć nie może. A do tego cichy pojedynek, aktorski i nie tylko między Holoubkiem a Fronczewskim.
Udało mi się też nadrobić (choć trochę) zaległości z ostatniego roku. Włoski, słodko - gorzki "Mój brat jest jedynakiem" z urzekającą muzyką, mrożący krew w żyłach i odwracający zupełnie konwencję horror z (naprawdę zimnej) Szwecji - "Pozwól mi wejść", francuska "Klasa" - zwycięzca z Cannes 2008 i przepiękny dokument, który ogląda się niczym najlepsze kino akcji - "Człowiek na Linie". A dodatkowo masa mniej doskonałych filmów, które można obejrzeć, acz nie trzeba. Pełnego spisu razem z opisami szukać należy na stronie LAF-u.
Poza tym parę zaskakujących odkryć, jak "Dworzec dla dwojga" - tak jak nie lubię rosyjskiego kina, tak zachwyciłem się tym filmem, a także porażki - przede wszystkim "It might get loud". Dokument, który miał swoją polską premierę podczas Dwóch Brzegów w Kazimierzu, o pretensjonalnie przetłumaczonym tytule na "Będzie głośno" przede wszystkim rozczarowuje. W zamyśle miała to być historia elektrycznej gitary z punktu widzenia Jimmiego Page'a, Edge'a i Jack'a White'a, a także zapewne "fascynujący zapis spotkania tych trzech gigantów gitary" (choć ja tam Edge'a nie lubię). Ale ktoś tu robi z igły widły - efektem prac pana Guggenheima jest skrócona historia trzech wyżej wymienionych panów i tego, jak każdy z nich został muzykiem. Można z tego było zrobić 3 porządne dokumenty, zamiast jednego skrótowego. Sam pomysł spotkania trzech świetnych gitarzystów zupełnie nie wypalił. Widać że panowie rozmawiają dość kurtuazyjnie. Jedynego prawdziwego zaciekawienia i fascynacji dopatrzyłem się, kiedy Jimmy Page grał "Whole Lotta Love", ale chyba każdy by spokorniał widząc to na żywo, nie tylko White i Edge. Kto ma ochotę poznać trochę historii i posłuchać utworów, które wszyscy znamy i lubimy - proszę bardzo, ale prawdziwi fani będą zawiedzeni.

Jak już mówiłem, do kina III rzeszy jeszcze powrócę w innym poście. Powód tego jest dość prosty - premiera nowego Tarantino "Inglorious Basterds" aż się prosi o nawiązanie do tego zapomnianego epizodu w historii kina niemieckiego. Poza tym pozostaje czekać aż moja blogowa koleżanka Pus również uzewnętrzni przed nami swe odczucia dotyczące 10 edycji Letniej Akademii Filmowej.

PS. Taki mały komiksowy bonus tylko dla dorosłych. Rewolucja seksualna panoszył się swobodnie również i pośród kolorowych obrazków, czego chyba najbardziej znanym przykładem była Barbarella. Jeśli dodamy to tego bardzo daleko posuniętą tolerancję - otrzymamy coś po trosze dziwnego, po trosze intrygującego - komiks pornograficzny o kalekach, dla kalek pt. "Amputee love". Asekuracyjnie podkreślę, że wrzucam to nie jako zabawny żart, ale jako ciekawostkę tzw. "Kulturoznawczą".

PS do PS - kręcą nową wersję Barbarelli - początkowo reżyserem miał być Rodriguez, teraz Robert Luketic, a co do wykonawczyni roli głównej, to jedyne co wiadomo to pogłoski. Zobaczymy, zobaczymy, ale Jane Fonda'e trudno będzie zdetronizować.
Janusz