sobota, 22 sierpnia 2009

ENH #2 czyli niezbyt wydumane kino australijskie

Ja osobiście brzydzę się technikami pokroju found footage i staję w płomieniach w momencie, kiedy ktoś mnie zmusi do obejrzenia tego. Co innego poliwizja - toż to miód na nasze i tak już rozdwojone życiem współczesnym oczy. A "Timecode" gotowym wynieść na ołtarze. Nie jest sztampowym filmem, który gdzieś tam jedzie z punktu A i punktu B i nigdy z toru nie zbacza. Urocze niczym uroczysko jest to, że nie opowiada praktycznie o niczym. Ot oglądamy zwykły dzień z paru stron jednocześnie, z perspektywy paru różnych osób. Nic nie jest proste, nic nie jest przewidywalne, a co najważniejsze - nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. Poświęcając się jednej historii cały czas zdajemy sobie sprawę z istnienia pozostałych, wszystko pozostaje w polu widzenia i wiemy, że reżyser nie próbuje nas w żadnym stopniu zmanipulować oszukańczymi chwytami montażowymi.
Figgis stworzył dzieło z pewnością wyjątkowe, ale chyba jednorazowe. Obawiam się, że powtórzenie takiego założenia w innym filmie mogłoby, albo uczynić historię niezrozumiałą, albo narazić się na wtórność. Szkoda też, że został dopuszczony do sprzedaży jako skończone i zamknięte dzieło - cztery równocześnie dziejące się obrazy z oddzielnymi ścieżkami dźwiękowymi dawałyby przecież przeogromne możliwości interakcji z odbiorcą. Multimedialność z rozmachem i przytupem. A wyszło trochę jak zawsze.

Jedną z kolejnych retrospektyw został uhonorowany Piotr Dumała. Cierpliwy, wytrwały, acz spokojnie "robiący swoje" twórca, który siedzi w pracowni gdzieś na jakimś warszawskim podwórku i dłubie w gipsie kolejne filmy. Posługuje się przy tym metodą pomysłu własnego. Otóż na pomalowanej płytce gipsowej rylcem wyskrobuje obrazek, potem trochę zamalowuje, przerabia i tak klatka po klatce tworzy małe arcydzieła.
Animacje Dumały na Erze zostały podzielone na dwa zestawy, a premierowo prezentowano ostatni jego film - pełnometrażowy, fabularny "Las". Tego obejrzeć niestety mi się nie udało - organizator takich kolejek chyba nie przewidział i projekcje zaplanował w najmniejszej sali. Podobno warto było iść, podobno bardzo warto. Za to oba zestawy animacji, w trudnych co prawda warunkach teatru lalek, ale obejrzeć się udało. I cóż? Twórca to zapewne wielki i wszechstronny, ale jego konik, czyli proza Kafki i Dostojewskiego, są w jego wykonaniu lekko przyciężkie. Animacja gipsowych płytek, mimo że jest bardzo nastrojowa i poetyczna, pozostawia wiele do życzenia. Pod wrażeniem trzeba jednak być iście benedyktyńskiej cierpliwości Dumały. Znacznie przychylniejszy byłbym do jego dzieł ińszych - fenomenalnej "Lykantropii" z początków jego działalności animatora, intrygującej "Wolności nogi", czy zabawnych krótkich metraży. Jak na kogoś, kto zaczytuje się w "Zbrodni i Karze" ma świetne poczucie czarnego humoru - "Czarny Kapturek" i "Nerwowe życie kosmosu" pokazują to wyśmienicie. Jako bonus (bo to wszystko można i tak obejrzeć na youtubie) dorzucono wszystkie jego blackouty, przerywniki, reklamy, oraz filmy, gdzie występował jako aktor.

Cóż jednak miał ze sobą począć namiętny fan filmu, kiedy obejrzał już masę filmów przez cały dzień i chciał czymś imponującym zwieńczyć wieczór? Albo wybierał się na jeszcze jeden film (i przypuszczalnie umierał, trafiwszy na jakiś artystyczny gniot), albo udawał się do klubu festiwalowego. Tam spędzał szczęśliwie czas słuchając wykonawców dobranych bardzo starannie i z naciskiem, aby byli tak offowi, że aż mało znani. Powinszować należy panu Kostasowi Georgakopulosowi promowania niszowych, acz wartościowych muzyków. Z wielkimi oczekiwaniami wybrałem się na Venetian Snares, który jednak nie powalił mnie, a następnego dnia przysłowiową łyżką dzięgciu w tej baryłce miodu był set pana Deadbeat'a, który był tak żenujący, że aż mnie szkliwo boli, jak sobie o tym przypomnę. Dlatego darowałem sobie koncerty i niczym Tony Blair wybrałem między kapitalizmem i socjalizmem trzecią drogę, mianowicie pokazy z serii "Nocne szaleństwo" w kinie Warszawa.
Co dnia parę minut przed 22'gą hol w kinie Warszawa wypełniał się widzami żadnymi kina spod znaku "ozploitation", czyli reprezentacji Nowe Fali Kina Australijskiego lat 70 i 80'tych. Po wyśmienitych prelekcjach, wśród syku otwieranych piw i rozochoconej publiczności zaczynały się filmy, które oglądane z przymrużeniem oka dostarczały iście ogromnej ilości relaksującej rozrywki. Bo naprawdę trudno byłoby brać na poważnie thriller ekologiczny o skłóconej parze, którą atakują zwierzęta podczas wypadu nad morze, czy postapokaliptyczny film akcji, gdzie główny bohater zostaje uwięziony w kinie samochodowym. Co ciekawe, najsłabiej w tym zestawieniu wypadały "Przygody Barry'ego McKenzie", które z definicji były komedią. Nikomu nie przypadły do gustu żarty ze stereotypów, którymi na zmianę raczyli siebie australijczycy i brytyjczycy. Nijak to się nie umywało do "Patricka" - dramatycznej, trzymającej w napięciu, mrocznej opowieści o sparaliżowany chłopaku, który rozwinął nad wyraz 6 zmysł i użyje go do terroryzowania pielęgniarek szpitala, w którym się znajduje. I nie tylko. Polecam dla zainteresowanych, skąd Tarantino wziął pomysł, żeby Uma Thurman w "Kill Billu" leżała w śpiączce z otwartymi oczami i pluła. Moim osobistym faworytem była jednak "Niebezpieczna Gra" - bardzo płynna opowieść o tirowcu, który jadąc przez australijskie bezdroża rozmawia ze swoim psem dingo, przygrywa Bacha na harmonijce, bierze autostopowiczki i wplątuje się w morderstwo. Niebanalne, zabawne i klimatyczne.

Na koniec czuję się zobowiązany dodać mały bonus, też poliwizyjny, a przede wszystkim polifoniczny - taki youtube'owe DIY - i ty możesz dyrygować.

Janusz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz